Co mi daje poczucie szczęścia – przemyślenia po ponad 60. latach życia

Drogi Czytelniku,
wyobraź sobie, co mi się przytrafiło w sobotę 15. lipca 2017 r. Tego dnia kilka warszawskich klubów Toastmasters integrowało się nad Zalewem Zegrzyńskim. Zatem i ja wczesnym sobotnim popołudniem udałem się do Nieporętu.

Gdy tak sobie szedłem z parkingu na plażę, zadzwonił telefon kobiety idącej ze trzy kroki przede mną. Chcąc nie chcąc, mogłem posłuchać rozmowy, bo jakoś dziwnie ludzie teraz nie krępują się głośno rozmawiać przez komórkę.

– No, wciąż sama jestem. – Usłyszałem. – Zuza wyjechała do lasu, Franek pojechał z kolegami na rowerach. – Dodała kobieta w słuchawkę smartfona.

Chwilę słuchała i nagle wybuchnęła: – Baśka, co ty gadasz! To jego wina.

Usłyszałem jeszcze kilka stanowczych NIE. W końcu głos kobiety jakby zelżał. Uspokoiła się i powiedziała: – Jestem taka nieszczęśliwa. Basiu, dziękuję, że do mnie zadzwoniłaś.

Kobieta schowała telefon do torebki i poszła w inną stronę niż ja.

Chociaż ta rozmowa nie była skierowana do mnie, zadumałem się nad jej treścią. Oto młoda kobieta, matka dwójki nastolatków, mająca na oko trzydzieści pięć, może czterdzieści lat, zadbana, chyba bogata, bo miała sporo złotej biżuterii i stylowy zegarek oraz buty i sportową torbę z charakterystycznym znakiem Nike, jest ze swojego życia niezadowolona. Czuje się nieszczęśliwa. Cóż za paradoks!

„Ludzie widzą, że są nieszczęśliwi, ale mało kto wie, że mógłby być szczęśliwy”. (Albert Schweitzer)

Jeszcze stoi mi przed oczami ta Piękna Nieznajoma. Chociaż teraz w naszym kraju ważą się losy demokracji – i to powinno być najważniejsze – wciąż wracam myślami do spraw osobistych, a konkretnie do zagadnienia poczucia szczęścia. Budzi się we mnie refleksja, czym ono jest i kiedy odczuwałem pełne zadowolenie.

Od wspomnianej Nieznajomej jestem starszy o jedno pokolenie. Żyję już wystarczająco długo, aby rozumieć istotę szczęścia jako takiego. Nie był to u mnie proces ciągły. Najwcześniejszy moment, który utkwił w mojej pamięci to było pierwsze wejście na plażę morską. Byłem wtedy po trzeciej, może czwartej klasie podstawówki. Już nie pamiętam, gdzie to było, lecz do dziś wspominam zbliżający się widok morza. Nie widziałem go z powodu pasma wydm, lecz szum i powiew wiatru wzmagał się coraz bardziej.


Aż wreszcie w szparze między trawą morską w oddali zobaczyłem morze ze statkiem daleko na horyzoncie. Zrobiłem jeszcze kilka kroków pod górkę. Wtedy pojawiła się plaża i grzywacze fal. Coś dla mnie przepięknego. Pamiętam, że niczym Czterej Pancerni i Szarik rzuciłem się przywitać z morzem. Mała rzecz, a do dziś na to wspomnienie z dzieciństwa pojawia się na mojej twarzy uśmiech. Cóż, byłem wtedy szczęśliwy.

I właściwie jest to jedyna szczęśliwa pamiątka z okresu edukacji. Potem w różnych podstawówkach, szkole średniej i na studiach już tylko narastało moje niskie poczucie własnej wartości. Skąd się brało?

Gdy sięgam pamięcią do tamtych czasów, nałożyło się na to kilka czynników. Byłem słaby fizycznie, więc nieraz w szkole ulegałem silniejszym osobnikom. Miałem też kiepskie wyniki z WF-u. Wolno biegałem i kiepsko panowałem nad piłką, gdy graliśmy w nogę. Rodzice na dodatek stawiali mi za wzorzec kuzynki i kuzynów, którzy albo pięknie malowali, albo świetnie się uczyli, albo rokowali lepiej ode mnie w innych dziedzinach. Ja z kolei nie chciałem być poukładany tak jak oni. Miałem inne priorytety. Przez to wzrastałem w poczuciu kogoś gorszego.

Bardzo dobry artykuł o poczuciu własnej wartości znajduje się na stronie Michała Pasterskiego.

Owszem, zdarzały się w moim życiu chwile przelotnego szczęścia: jakaś premia w pracy, list gratulacyjny od ministra, poznanie Żony, narodziny dwóch synów, czy wybudowanie domu. Trudno, aby z takich zdarzeń się nie cieszyć. A jednak one nie poprawiały mojego obrazu siebie. Wciąż widziałem tylko, ilu znajomych osiąga lepsze rezultaty ode mnie. Porównywałem się z innymi. Cóż za fatalny błąd!!!

Zobacz wywiad z Wojciechem Eichelbergerem, w którym też mówi o szczęściu. Ten punkt widzenia jest mi bliski.

Wydawało się, że ten mój stan ducha pozostanie niezmieniony do końca życia. No bo co mogło go zmienić? Praca z dojazdami zajmowała mi minimum dwanaście godzin. Wciąż wykańczałem dom, bo nie mogłem trafić na ekipę, która spełniłaby moje standardy rzetelności. A jednak życie potrafi spłatać figla. Wszystko się zmieniło, gdy na przełomie 2006 i 2007 r. straciłem pracę.

Zazwyczaj jej utrata to jeden z największych ciosów psychicznych. Natomiast ja od kilku miesięcy zdawałem sobie sprawę, że ten fakt nastąpi. Chociaż miałem dość niekompetencji zwierzchników, byłem zbyt słaby, aby cisnąć wymówienie. Czekałem na ruch pracodawcy. I się doczekałem. Rano ekran komputera zrobił się czarny. Wiedziałem, co to oznacza. To był koniec mojej pracy etatowej. Zdecydowałem, że już nigdy nie będę dla nikogo pracować.

Oczywiście teraz mając dużo większe doświadczenie życiowe, odejście z pracy rozegrałbym inaczej. Byłbym o wiele lepiej do niego przygotowany. Jednak wtedy wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem: wziąć odprawę i poczuć wolność. Miałem dość tego, że ktoś podejmuje za mnie decyzje, a ja mam je spełniać i najczęściej świecić za nie oczami. Koniec, wystarczy!

Wbrew oczekiwaniom lekko nie było. To prawda, że zawiodłem się na wielu ludziach. Byłem przekonany, że pomogą mi na nowej drodze życia, aby zmienić je na lepsze. A może za bardzo na nich liczyłem?

Wszak oni pozostali w moim dotychczasowym świecie. Tymczasem ja zdecydowałem się postawić na własny rozwój osobisty i zmierzyć się z czymś zupełnie dla mnie innym. Stopniowo frustracja ustępowała przekonaniu, że po nowemu dam radę zapewnić sobie dostatek i będę miał z życia większą satysfakcję, bo twórczo pokieruję swoim losem. Teraz wydaje mi się to oczywiste. Wtedy nie było to takie proste.

A jednak gdzieś w głębi duszy miałem przekonanie, że szczęście odnajdujemy  tu i teraz.

To jednak boli, bo rani duszę, gdy po trzydziestu latach przestajesz być czynnym inżynierem. Wiesz już, że nigdy nie dotkniesz instalacji od środka, nie będziesz na rozruchu nowej linii technologicznej, nie usprawnisz węzła produkcyjnego, ani nie poznasz w kanciapie prawdziwych przyczyn awarii. Jednocześnie jakimś dziwnym trafem dochodzą do Ciebie uśmieszki i opinie tych osób, które znałeś, co twierdzą, że niewiele osiągniesz. Przykre, lecz prawdziwe!

Trudno wytrwać, gdy ludzie, których uważasz za mentorów, okazują się pijawkami finansowymi. Brakuje Ci doświadczenia biznesowego, więc wiele razy narażasz się na wykorzystanie Twojej naiwności i zaufania. No i nie zapominajmy, że wciąż kulą u nogi było moje niskie poczucie własnej wartości. Jak w tych warunkach być szczęśliwym?

 

A jednak się nie poddałem. Nie zrezygnowałem, choć były powody. Moim atutem okazała się wytrwałość Wkrótce wpadła mi w ręce książka „Teraz odkryj swoje silne strony” Marcusa Buckinghama i Donalda O. Cliftona. Trafiłem w niej na wyniki badań Instytutu Gallupa o utalentowanych ludziach sukcesu i kod testu StrengthsFinder. Tak poznałem swoich pięć dominujących talentów. Gdy przeczytałem ich opisy, zrozumiałem, jak bardzo myliłem się w ocenie siebie. Wszystko, co uważałem za słabości, okazało się moimi atutami.

To był przełom, bo odkrycie talentów dało mi coś więcej. Nie tylko poczułem się świetnie, że też jestem utalentowany, a zatem jestem kimś. Moje myśli zaczęły krążyć wokół zagadnienia obowiązku moralnego za to, co trafia się w życiu. Dopiero wtedy pojąłem, że trzeba wziąć sto procent odpowiedzialności za rezultaty życia i że nikt mnie z tej odpowiedzialności nie zwolni. Chyba że ja sam! A tego nie chciałem.

Jednak gdzieś w głębi duszy miałem przekonanie, że szczęście jest drogą. Należy odnajdywać je tu i teraz! Trzeba się cieszyć szczęściem właśnie dziś, a nie u kresu życia, kiedy możemy już niewiele kojarzyć.

Tak zaczęła się moja droga ku trwałemu poczuciu szczęścia. Szybko zrozumiałem, że ograniczenia tkwią we mnie. Mam błędne przekonania mentalne o sobie i trzeba to zmienić. Chłonąłem dużo wiedzy z książek, nagrań i seminariów, więc wiedziałem, że mogę tego dokonać. Byłem świadomy, że aby odczuwać szczęście, muszę dążyć uzyskania w życiu harmonii. Wtedy będzie ono trwale satysfakcjonujące.

Początkowo nieśmiało, a potem świadomie zacząłem znowu marzyć. Wpierw się tego bałem, a potem wstydziłem. Wydawało mi się to takie dziecinne, „nieinżynierskie”, wręcz infantylne. Minęło jednak kilkanaście miesięcy i poczułem siłę marzeń. To z nich zacząłem czerpać motywację. Spisałem nawet swoją listę 100 marzeń. Też radzę Ci to zrobić, bo Twój umysł ukierunkuje się na to, do czego masz dążyć.

Jedną z wartości, która była mi zawsze bliska, jest osobista uczciwość. Zawsze byłem wielkim przeciwnikiem tezy, że „widziały gały, co brały”. W moim widzeniu świata nie wypada oszukać klienta czy kogokolwiek innego. Sposób, w jaki ktoś traktuje drugiego człowieka, dużo mówi o nas samych. A to, że inni ludzie postępują inaczej, nie jest dla mnie wystarczającym argumentem do czynienia zła.

Oczywiście bycie uczciwym nie zawsze jest opłacalne. Jest bezspornym faktem, że wiele dwój na studiach dostałem dlatego, że nie ściągałem. Lecz z drugiej strony, dzięki takiej postawie okazało się to zbawienne w praktyce inżynierskiej. Gdy trzeba podjąć błyskawiczną decyzję, lepiej odwołać się po rozwiązanie do własnego umysłu niż do ściągi.

Po wielu latach na jednym z pikników wydziałowych dowiedziałem się, że asystencji zakładali się, który pierwszy złapie mnie ze ściągą. Byli bez szans – grałem w edukację uczciwie. Nawet dziś, gdy to wspominam, mam satysfakcję z przyjętych reguł gry. Odczuwam dumę, bo gdybym postępował za młodu inaczej, trudno byłoby o spokój ducha w latach późniejszych. A tylko w stanie satysfakcji możesz doświadczać szczęścia. Zobacz, jak drobne sprawy na nie wpływają. Właściwie już wtedy byłem właścicielem swojego życia, choć nie byłem tego świadomy.

Tak samo nie rozumiałem w dawnych latach, czym jest wdzięczność. Oczywiście rozumiałem, że gdy coś dobrego dostajemy, to wypada za to podziękować. A co, jeśli spotyka nas coś przykrego? Czy wtedy możemy pomstować? Myślę, że niekoniecznie. Przecież często brakuje nam kryteriów, żeby stwierdzić, jaki dać kwantyfikator danemu zdarzeniu: dobry bądź zły. Doraźnie trudno stwierdzić, co się ostatecznie okaże dla Ciebie dobre, a co złe. Tu łatwo o pomyłkę.

Weźmy choćby przykład mojej utraty pracy. To nie było dla mnie miłe uczucie, a jeszcze Żonie zepsuli Święta. Paradoks polega na tym, że za moje poglądy chcieli mi dokopać, a w gruncie rzeczy dostałem piękny prezent pod choinkę. Tyle że wiem o tym teraz. W Wigilię 2006 r. patrzyłem na to zdecydowanie inaczej.

Dlatego tak wiele lat zajęło mi zrozumienie, że zamiast pomstować na przykre wydarzenie, lepiej spojrzeć na nie pod kątem, co ono może mnie nauczyć. Zdobycie cennego doświadczenia może okazać się warte każdej ceny.

Bądź wdzięczny!

Dzisiaj już wiem, że okazywanie wdzięczności jest głównie kwestią naszej postawy. Paradoksalnie to dlatego czujemy się szczęśliwi, że mamy wewnętrzną potrzebę dziękowania za to, co nam się trafia każdego dnia. Poszukiwanie rozwiązań pojawiających się problemów uruchamia naszą kreatywność. Dopiero wtedy możemy w pełni uruchomić i wykorzystać nasz potencjał, czyli zastosować w praktyce posiadane talenty i nabyte umiejętności. Podołanie różnym wyzwaniom buduje naszą mentalną twardość. Byle co nas nie złamie.

Życie bywa brutalne. Nikt nie twierdzi, że zawsze jest sielsko i anielsko. Przekonałem się o tym w 2015 r. Trzy osoby z naszej rodziny znalazły się w jednym szpitalu. Mama dostała udaru mózgu. Widziałem ciało młodszego syna, gdy leżał na łóżku bez życia – serce nie biło. Słuchałem zmartwiały lekarza, który mi tłumaczył, że syn ma tak silną kwasicę, że jest nie do uratowania, bo zniszczone ma co najmniej serce, nerki i mózg. A jakby tego było mało, u mnie wykryto nowotwór na styku kości skroniowej, zatoki klinowej i opony mózgowej. Fatalne miejsce.

Trudno powiedzieć, jakbym się zachował kilka lat wcześniej. Pewnie by mnie to spiętrzenie nieszczęść złamało. Teraz było jednak inaczej. Gdybym wpadł w rozpacz, okazałbym się mięczakiem, bo to by znaczyło, że użalam się nad sobą. Przecież w tym układzie była jeszcze moja Żona. Możesz sobie wyobrazić, co ona przeżywała. I co, miałem pogłębiać tę tragiczną atmosferę? To byłoby najłatwiejsze, bo w takich sytuacjach trudno powstrzymać emocje na wodzy. Wolałem jednak potraktować te zdarzenia jako czas próby.

Ludziom się wydaje, że tylko pieniądze dają poczucie szczęścia. Gdy doświadczasz tak ekstremalnych doświadczeń, jak mi się trafiły, schodzą one na dalszy plan.

Po wylewie Mama umarła cztery miesiące później. Nie dało się jej uratować. Wyrzuciłem z pamięci wszystkie przykre sprawy z tym związane. Zostawiłem tylko jeden radosny fakt. Kilka godzin przed śmiercią Mama się ocknęła i mnie poznała. Zaczęliśmy rozmawiać. Kojarzyła wszystko jak zdrowa osoba. Nawet mówiła wyraźnie, bo poprzednio bez ładu i składu tylko bełkotała ku zgrozie innych pacjentek i personelu.

Syn po trzech tygodniach wybudził się ze śpiączki. Przeżył sześć reanimacji. Nerki w końcu podjęły pracę. Neurologicznie jest nienajgorzej. Głębokie do kości odleżyny zagoiły się i zarosły. Nauczył się żyć z młodzieńczą cukrzycą. Bada sobie poziom cukru kilka razy dziennie i dobiera dawkę insuliny. Można się tym martwić. Ja wolę się cieszyć.

Mój nowotwór okazał się niezłośliwy. Profesor W. Koszewski wydziabał go przez nos. Z pobytem na neurochirurgii wiąże się jeszcze jedno zdarzenie. Na drugi dzień po operacji pan Profesor powiedział mi, że gdyby wszyscy jego pacjenci mieli takie nastawienie do życia jak ja, większość z nich by żyła. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ten epizod pokazał mi, jak daleką drogę przeszedłem.

Dlatego z pełnym przekonaniem głoszę, że aby czuć się osobą szczęśliwą, należy podjąć wcześniej odpowiednią decyzję, że tacy właśnie będziemy. To jest wyłącznie kwestia naszego wyboru. Przecież to był mój wybór, że takim człowiekiem się stałem.

Wierzę, że poczucie szczęścia jest zaraźliwe. Oznacza to, że każdy z nas może ludzi w swoim otoczeniu uszczęśliwiać. Dawać im nadzieję, że nawet jeśli mają obecnie trudny okres w swoim życiu, to on minie. Przy takiej postawie do życia, przy takim nastawieniu do zdarzeń losowych będzie Ci się żyło każdego dnia coraz lepiej!

Pozdrawiam szczęśliwie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Tadeusz

Drogi Czytelniku,
znowu miałem okazję posłuchać Tadeusza Niwińskiego podczas wyjątkowego spotkania w warszawskim Klubie Ludzi Sukcesu we wtorek 30.08.2016 r. Poprzednio miałem taką sposobność 8 lat temu (o rety, jak to już dawno!), gdy stawiałem pierwsze kroki na swojej drodze rozwoju osobistego. Zobacz historyczny wpis na ten temat.

Tadeusz, któremu choroba Parkinsona daje się we znaki i do której ma żartobliwy stosunek (co za hart ducha, cóż za podejście do życia!!!), dał półgodzinne wystąpienie. Powtórzył w nim w pigułce swoje główne tezy na osiągnięcie szczęśliwego życia, prezentowane w 10 książkach. Tak, tak,  już tyle napisał.

Zapewne zapytasz, które z jego myśli warto zapamiętać? Przynajmniej kilka.

  1. Trzeba wiedzieć, czego się chce od życia. Jeśli wiesz, czego chcesz, możesz to osiągnąć. Dzięki marzeniom wyznaczasz sobie cele i potem opracowujesz strategię i taktykę ich osiągnięcia.
  2. Koniecznie trzeba robić to, co mamy do zrobienia. Ilu z nas waha się przed podjęciem działań, które mają nas doprowadzić do realizacji celów. Szukamy wymówek i wymyślamy przeszkody, zamiast skupić się na rozwiązaniach.
  3. Miłość powinna być rozumna. To wielka sztuka znaleźć odpowiednią osobę na całe życie. Oto słowa Tadeusza na ten temat (Maestro powiedział je swojej żonie – przyp. JK): – Po 46 latach wciąż się kochamy.
  4. Nie krytykuj innych. Dlaczego uzurpujesz sobie prawo, aby osądzać innych ludzi? Nawet jeśli uważasz, że Twoja krytyka jest słuszna, bo KONSTRUKTYWNA, głównie szukasz zaspokojenia swojego ego, a nie żeby byś pomocą dla drugiej osoby. Krytykujesz dla zadowolenia siebie. Osobiście uważam, że to przejaw poczucia niskiej wartości.

Odnośnie czwartego punku dodam jeszcze, że działając od kilku lat w organizacji Toastmasters, widzę, jak oceniającym łatwo doszukać się potknięć mówcy, a trudno znaleźć plusy w przedstawionej mowie. Natomiast Tadeusz zawsze stał na stanowisku, że wypowiedź o kimś, czyichś dokonaniach czy też recenzja ma być wspierająca.

Dyplom-1Z tą koncepcją zetknąłem się właśnie w KLS-ie i nadal ją kultywuję w Toastmasters. Efekty przeszły moje oczekiwania, o czym świadczy dyplom uzyskany wczoraj, gdy gościnnie wypowiadałem się w moim macierzystym klubie.

Owszem, czasami trudno znaleźć pozytywne aspekty. Czy jednak w 100% w czyimś wystąpieniu publicznym, opinii bądź zachowaniu rzeczywiście nie znajdziesz nic, co warto docenić? Żyjemy w społeczeństwie, które skupia się na krytyce. Przeciętni ludzie uwielbiają komuś dopiec. Masz wybór, możesz postępować inaczej. Paradoksalnie to Ty najwięcej korzystasz, gdy kogoś wspierasz.

Wracając do Tadeusza Niwińskiego, którego widziałem być może ostatni raz w życiu, bądź zawsze przygotowany na udzielenie odpowiedzi na pytanie, które i on sobie zadaje: Co ja z siebie daję?

No właśnie, co? Pytam, bo u schyłku życia możesz je prosić, aby poczekało, a ono nie da Ci czasu na udzielenie tak ważnej odpowiedzi.

Pozdrawiam wspierająco,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Wstań i jedź

Drogi Czytelniku,
czy jesteś sobie w stanie wyobrazić radość młodych rodziców, gdy rodzi się ich pierwsze dziecko i to od razu oczekiwany syn? Tak, to świetnie. Czujesz więc też zapewne, jak muszą się cieszyć,  gdy dziecko pięknie się rozwija i jest niezwykle radosne. Ba, przychodzi nawet na świat następny potomek rodu.

I oto nagle po czterech latach cały ten świat się wali. Nie tylko dla rodziców, lecz także dla tego małego Łukasza. Z bliżej nie znanych powodów zaczynają mu zanikać mięśnie. Od szóstego roku życia, a więc od osiemnastu lat, jest już na stałe przykuty do wózka inwalidzkiego. Co z tego, że w momencie urodzenia osiągnął maksymalny wynik, a więc 10 punktów, skoro to nie ma żadnego znaczenia w późniejszym jego życiu.

Łukasza Krasonia, bo o nim tu mowa, poznałem w styczniu tego roku podczas weekendowych zajęć TLI organizacji Toastmasters, czyli naszego Instytutu Przywództwa. Swoją drogą, właśnie przed chwilą wróciłem z podobnej imprezy w Bydgoszczy. Gratulacje dla Organizatorów. Czapki z głów, jak ją znakomicie przygotowaliście, mimo że po raz pierwszy.

Wtedy to w styczniu br. mogłem wysłuchać na żywo krążącej po Internecie przejmującej opowieści Łukasza. W piątek 28.06 przed wyjazdem na TLI do Bydgoszczy byłem na spotkaniu z nim w Warszawie, aby poprzeć akcję „Wstań i Jedź„. To konwój rowerowy, podczas którego Łukasz z Małgosią, swoją żoną i przyjaciółmi, odwiedza różne miasta Polski i zachęca słuchaczy do akceptacji siebie i rozpoczęcia batalii o to, aby każdy z nas mógł dokonać czegoś wielkiego. Ma na to wystarczające atuty.

Przy okazji nabyłem z autografami książkę autorstwa naszego bohaterskiego małżeństwa, zilustrowaną przez Anetę Skórnicką. Ma ona nieprawdopodobny talent do rysowania. Popatrz tylko na jej autograf w moim egzemplarzu książki.Wstań i Jedź-1 wersja2

Wykonanie go zajęło jej tylko kilkanaście sekund. Niesamowicie utalentowana dziewczyna! Jeśli potrzebujesz rysunków do publikacji, czasopisma, plakatu czy na inną okoliczność, wal do niej, jak w dym. Mam jej wizytówkę, więc w razie czego służę pomocą w kontakcie.

Może biadolisz nad swoim losem? Masz pretensje do wszystkich, że Ci nie idzie? W rzeczy samej, tak jest wygodnie. A czy wiesz, czego tak naprawdę chcesz od życia? Czy potrafisz wziąć przykład z Małgosi i Łukasza? Czy zdecydujesz się podjąć decyzje, które pozwolą Ci zmierzyć się z własnymi problemami?

I jeszcze jedno. Na kole wózka, na którym porusza się Łukasz, znajduje się napis: Koniec z narzekaniem. Weź sobie to hasło do serca! Ty też możesz wstać i pojechać swoją drogą. Stać Cię dokonać takiego wyboru.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl