Co mi daje poczucie szczęścia – przemyślenia po ponad 60. latach życia

Drogi Czytelniku,
wyobraź sobie, co mi się przytrafiło w sobotę 15. lipca 2017 r. Tego dnia kilka warszawskich klubów Toastmasters integrowało się nad Zalewem Zegrzyńskim. Zatem i ja wczesnym sobotnim popołudniem udałem się do Nieporętu.

Gdy tak sobie szedłem z parkingu na plażę, zadzwonił telefon kobiety idącej ze trzy kroki przede mną. Chcąc nie chcąc, mogłem posłuchać rozmowy, bo jakoś dziwnie ludzie teraz nie krępują się głośno rozmawiać przez komórkę.

– No, wciąż sama jestem. – Usłyszałem. – Zuza wyjechała do lasu, Franek pojechał z kolegami na rowerach. – Dodała kobieta w słuchawkę smartfona.

Chwilę słuchała i nagle wybuchnęła: – Baśka, co ty gadasz! To jego wina.

Usłyszałem jeszcze kilka stanowczych NIE. W końcu głos kobiety jakby zelżał. Uspokoiła się i powiedziała: – Jestem taka nieszczęśliwa. Basiu, dziękuję, że do mnie zadzwoniłaś.

Kobieta schowała telefon do torebki i poszła w inną stronę niż ja.

Chociaż ta rozmowa nie była skierowana do mnie, zadumałem się nad jej treścią. Oto młoda kobieta, matka dwójki nastolatków, mająca na oko trzydzieści pięć, może czterdzieści lat, zadbana, chyba bogata, bo miała sporo złotej biżuterii i stylowy zegarek oraz buty i sportową torbę z charakterystycznym znakiem Nike, jest ze swojego życia niezadowolona. Czuje się nieszczęśliwa. Cóż za paradoks!

„Ludzie widzą, że są nieszczęśliwi, ale mało kto wie, że mógłby być szczęśliwy”. (Albert Schweitzer)

Jeszcze stoi mi przed oczami ta Piękna Nieznajoma. Chociaż teraz w naszym kraju ważą się losy demokracji – i to powinno być najważniejsze – wciąż wracam myślami do spraw osobistych, a konkretnie do zagadnienia poczucia szczęścia. Budzi się we mnie refleksja, czym ono jest i kiedy odczuwałem pełne zadowolenie.

Od wspomnianej Nieznajomej jestem starszy o jedno pokolenie. Żyję już wystarczająco długo, aby rozumieć istotę szczęścia jako takiego. Nie był to u mnie proces ciągły. Najwcześniejszy moment, który utkwił w mojej pamięci to było pierwsze wejście na plażę morską. Byłem wtedy po trzeciej, może czwartej klasie podstawówki. Już nie pamiętam, gdzie to było, lecz do dziś wspominam zbliżający się widok morza. Nie widziałem go z powodu pasma wydm, lecz szum i powiew wiatru wzmagał się coraz bardziej.


Aż wreszcie w szparze między trawą morską w oddali zobaczyłem morze ze statkiem daleko na horyzoncie. Zrobiłem jeszcze kilka kroków pod górkę. Wtedy pojawiła się plaża i grzywacze fal. Coś dla mnie przepięknego. Pamiętam, że niczym Czterej Pancerni i Szarik rzuciłem się przywitać z morzem. Mała rzecz, a do dziś na to wspomnienie z dzieciństwa pojawia się na mojej twarzy uśmiech. Cóż, byłem wtedy szczęśliwy.

I właściwie jest to jedyna szczęśliwa pamiątka z okresu edukacji. Potem w różnych podstawówkach, szkole średniej i na studiach już tylko narastało moje niskie poczucie własnej wartości. Skąd się brało?

Gdy sięgam pamięcią do tamtych czasów, nałożyło się na to kilka czynników. Byłem słaby fizycznie, więc nieraz w szkole ulegałem silniejszym osobnikom. Miałem też kiepskie wyniki z WF-u. Wolno biegałem i kiepsko panowałem nad piłką, gdy graliśmy w nogę. Rodzice na dodatek stawiali mi za wzorzec kuzynki i kuzynów, którzy albo pięknie malowali, albo świetnie się uczyli, albo rokowali lepiej ode mnie w innych dziedzinach. Ja z kolei nie chciałem być poukładany tak jak oni. Miałem inne priorytety. Przez to wzrastałem w poczuciu kogoś gorszego.

Bardzo dobry artykuł o poczuciu własnej wartości znajduje się na stronie Michała Pasterskiego.

Owszem, zdarzały się w moim życiu chwile przelotnego szczęścia: jakaś premia w pracy, list gratulacyjny od ministra, poznanie Żony, narodziny dwóch synów, czy wybudowanie domu. Trudno, aby z takich zdarzeń się nie cieszyć. A jednak one nie poprawiały mojego obrazu siebie. Wciąż widziałem tylko, ilu znajomych osiąga lepsze rezultaty ode mnie. Porównywałem się z innymi. Cóż za fatalny błąd!!!

Zobacz wywiad z Wojciechem Eichelbergerem, w którym też mówi o szczęściu. Ten punkt widzenia jest mi bliski.

Wydawało się, że ten mój stan ducha pozostanie niezmieniony do końca życia. No bo co mogło go zmienić? Praca z dojazdami zajmowała mi minimum dwanaście godzin. Wciąż wykańczałem dom, bo nie mogłem trafić na ekipę, która spełniłaby moje standardy rzetelności. A jednak życie potrafi spłatać figla. Wszystko się zmieniło, gdy na przełomie 2006 i 2007 r. straciłem pracę.

Zazwyczaj jej utrata to jeden z największych ciosów psychicznych. Natomiast ja od kilku miesięcy zdawałem sobie sprawę, że ten fakt nastąpi. Chociaż miałem dość niekompetencji zwierzchników, byłem zbyt słaby, aby cisnąć wymówienie. Czekałem na ruch pracodawcy. I się doczekałem. Rano ekran komputera zrobił się czarny. Wiedziałem, co to oznacza. To był koniec mojej pracy etatowej. Zdecydowałem, że już nigdy nie będę dla nikogo pracować.

Oczywiście teraz mając dużo większe doświadczenie życiowe, odejście z pracy rozegrałbym inaczej. Byłbym o wiele lepiej do niego przygotowany. Jednak wtedy wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem: wziąć odprawę i poczuć wolność. Miałem dość tego, że ktoś podejmuje za mnie decyzje, a ja mam je spełniać i najczęściej świecić za nie oczami. Koniec, wystarczy!

Wbrew oczekiwaniom lekko nie było. To prawda, że zawiodłem się na wielu ludziach. Byłem przekonany, że pomogą mi na nowej drodze życia, aby zmienić je na lepsze. A może za bardzo na nich liczyłem?

Wszak oni pozostali w moim dotychczasowym świecie. Tymczasem ja zdecydowałem się postawić na własny rozwój osobisty i zmierzyć się z czymś zupełnie dla mnie innym. Stopniowo frustracja ustępowała przekonaniu, że po nowemu dam radę zapewnić sobie dostatek i będę miał z życia większą satysfakcję, bo twórczo pokieruję swoim losem. Teraz wydaje mi się to oczywiste. Wtedy nie było to takie proste.

A jednak gdzieś w głębi duszy miałem przekonanie, że szczęście odnajdujemy  tu i teraz.

To jednak boli, bo rani duszę, gdy po trzydziestu latach przestajesz być czynnym inżynierem. Wiesz już, że nigdy nie dotkniesz instalacji od środka, nie będziesz na rozruchu nowej linii technologicznej, nie usprawnisz węzła produkcyjnego, ani nie poznasz w kanciapie prawdziwych przyczyn awarii. Jednocześnie jakimś dziwnym trafem dochodzą do Ciebie uśmieszki i opinie tych osób, które znałeś, co twierdzą, że niewiele osiągniesz. Przykre, lecz prawdziwe!

Trudno wytrwać, gdy ludzie, których uważasz za mentorów, okazują się pijawkami finansowymi. Brakuje Ci doświadczenia biznesowego, więc wiele razy narażasz się na wykorzystanie Twojej naiwności i zaufania. No i nie zapominajmy, że wciąż kulą u nogi było moje niskie poczucie własnej wartości. Jak w tych warunkach być szczęśliwym?

 

A jednak się nie poddałem. Nie zrezygnowałem, choć były powody. Moim atutem okazała się wytrwałość Wkrótce wpadła mi w ręce książka „Teraz odkryj swoje silne strony” Marcusa Buckinghama i Donalda O. Cliftona. Trafiłem w niej na wyniki badań Instytutu Gallupa o utalentowanych ludziach sukcesu i kod testu StrengthsFinder. Tak poznałem swoich pięć dominujących talentów. Gdy przeczytałem ich opisy, zrozumiałem, jak bardzo myliłem się w ocenie siebie. Wszystko, co uważałem za słabości, okazało się moimi atutami.

To był przełom, bo odkrycie talentów dało mi coś więcej. Nie tylko poczułem się świetnie, że też jestem utalentowany, a zatem jestem kimś. Moje myśli zaczęły krążyć wokół zagadnienia obowiązku moralnego za to, co trafia się w życiu. Dopiero wtedy pojąłem, że trzeba wziąć sto procent odpowiedzialności za rezultaty życia i że nikt mnie z tej odpowiedzialności nie zwolni. Chyba że ja sam! A tego nie chciałem.

Jednak gdzieś w głębi duszy miałem przekonanie, że szczęście jest drogą. Należy odnajdywać je tu i teraz! Trzeba się cieszyć szczęściem właśnie dziś, a nie u kresu życia, kiedy możemy już niewiele kojarzyć.

Tak zaczęła się moja droga ku trwałemu poczuciu szczęścia. Szybko zrozumiałem, że ograniczenia tkwią we mnie. Mam błędne przekonania mentalne o sobie i trzeba to zmienić. Chłonąłem dużo wiedzy z książek, nagrań i seminariów, więc wiedziałem, że mogę tego dokonać. Byłem świadomy, że aby odczuwać szczęście, muszę dążyć uzyskania w życiu harmonii. Wtedy będzie ono trwale satysfakcjonujące.

Początkowo nieśmiało, a potem świadomie zacząłem znowu marzyć. Wpierw się tego bałem, a potem wstydziłem. Wydawało mi się to takie dziecinne, „nieinżynierskie”, wręcz infantylne. Minęło jednak kilkanaście miesięcy i poczułem siłę marzeń. To z nich zacząłem czerpać motywację. Spisałem nawet swoją listę 100 marzeń. Też radzę Ci to zrobić, bo Twój umysł ukierunkuje się na to, do czego masz dążyć.

Jedną z wartości, która była mi zawsze bliska, jest osobista uczciwość. Zawsze byłem wielkim przeciwnikiem tezy, że „widziały gały, co brały”. W moim widzeniu świata nie wypada oszukać klienta czy kogokolwiek innego. Sposób, w jaki ktoś traktuje drugiego człowieka, dużo mówi o nas samych. A to, że inni ludzie postępują inaczej, nie jest dla mnie wystarczającym argumentem do czynienia zła.

Oczywiście bycie uczciwym nie zawsze jest opłacalne. Jest bezspornym faktem, że wiele dwój na studiach dostałem dlatego, że nie ściągałem. Lecz z drugiej strony, dzięki takiej postawie okazało się to zbawienne w praktyce inżynierskiej. Gdy trzeba podjąć błyskawiczną decyzję, lepiej odwołać się po rozwiązanie do własnego umysłu niż do ściągi.

Po wielu latach na jednym z pikników wydziałowych dowiedziałem się, że asystencji zakładali się, który pierwszy złapie mnie ze ściągą. Byli bez szans – grałem w edukację uczciwie. Nawet dziś, gdy to wspominam, mam satysfakcję z przyjętych reguł gry. Odczuwam dumę, bo gdybym postępował za młodu inaczej, trudno byłoby o spokój ducha w latach późniejszych. A tylko w stanie satysfakcji możesz doświadczać szczęścia. Zobacz, jak drobne sprawy na nie wpływają. Właściwie już wtedy byłem właścicielem swojego życia, choć nie byłem tego świadomy.

Tak samo nie rozumiałem w dawnych latach, czym jest wdzięczność. Oczywiście rozumiałem, że gdy coś dobrego dostajemy, to wypada za to podziękować. A co, jeśli spotyka nas coś przykrego? Czy wtedy możemy pomstować? Myślę, że niekoniecznie. Przecież często brakuje nam kryteriów, żeby stwierdzić, jaki dać kwantyfikator danemu zdarzeniu: dobry bądź zły. Doraźnie trudno stwierdzić, co się ostatecznie okaże dla Ciebie dobre, a co złe. Tu łatwo o pomyłkę.

Weźmy choćby przykład mojej utraty pracy. To nie było dla mnie miłe uczucie, a jeszcze Żonie zepsuli Święta. Paradoks polega na tym, że za moje poglądy chcieli mi dokopać, a w gruncie rzeczy dostałem piękny prezent pod choinkę. Tyle że wiem o tym teraz. W Wigilię 2006 r. patrzyłem na to zdecydowanie inaczej.

Dlatego tak wiele lat zajęło mi zrozumienie, że zamiast pomstować na przykre wydarzenie, lepiej spojrzeć na nie pod kątem, co ono może mnie nauczyć. Zdobycie cennego doświadczenia może okazać się warte każdej ceny.

Bądź wdzięczny!

Dzisiaj już wiem, że okazywanie wdzięczności jest głównie kwestią naszej postawy. Paradoksalnie to dlatego czujemy się szczęśliwi, że mamy wewnętrzną potrzebę dziękowania za to, co nam się trafia każdego dnia. Poszukiwanie rozwiązań pojawiających się problemów uruchamia naszą kreatywność. Dopiero wtedy możemy w pełni uruchomić i wykorzystać nasz potencjał, czyli zastosować w praktyce posiadane talenty i nabyte umiejętności. Podołanie różnym wyzwaniom buduje naszą mentalną twardość. Byle co nas nie złamie.

Życie bywa brutalne. Nikt nie twierdzi, że zawsze jest sielsko i anielsko. Przekonałem się o tym w 2015 r. Trzy osoby z naszej rodziny znalazły się w jednym szpitalu. Mama dostała udaru mózgu. Widziałem ciało młodszego syna, gdy leżał na łóżku bez życia – serce nie biło. Słuchałem zmartwiały lekarza, który mi tłumaczył, że syn ma tak silną kwasicę, że jest nie do uratowania, bo zniszczone ma co najmniej serce, nerki i mózg. A jakby tego było mało, u mnie wykryto nowotwór na styku kości skroniowej, zatoki klinowej i opony mózgowej. Fatalne miejsce.

Trudno powiedzieć, jakbym się zachował kilka lat wcześniej. Pewnie by mnie to spiętrzenie nieszczęść złamało. Teraz było jednak inaczej. Gdybym wpadł w rozpacz, okazałbym się mięczakiem, bo to by znaczyło, że użalam się nad sobą. Przecież w tym układzie była jeszcze moja Żona. Możesz sobie wyobrazić, co ona przeżywała. I co, miałem pogłębiać tę tragiczną atmosferę? To byłoby najłatwiejsze, bo w takich sytuacjach trudno powstrzymać emocje na wodzy. Wolałem jednak potraktować te zdarzenia jako czas próby.

Ludziom się wydaje, że tylko pieniądze dają poczucie szczęścia. Gdy doświadczasz tak ekstremalnych doświadczeń, jak mi się trafiły, schodzą one na dalszy plan.

Po wylewie Mama umarła cztery miesiące później. Nie dało się jej uratować. Wyrzuciłem z pamięci wszystkie przykre sprawy z tym związane. Zostawiłem tylko jeden radosny fakt. Kilka godzin przed śmiercią Mama się ocknęła i mnie poznała. Zaczęliśmy rozmawiać. Kojarzyła wszystko jak zdrowa osoba. Nawet mówiła wyraźnie, bo poprzednio bez ładu i składu tylko bełkotała ku zgrozie innych pacjentek i personelu.

Syn po trzech tygodniach wybudził się ze śpiączki. Przeżył sześć reanimacji. Nerki w końcu podjęły pracę. Neurologicznie jest nienajgorzej. Głębokie do kości odleżyny zagoiły się i zarosły. Nauczył się żyć z młodzieńczą cukrzycą. Bada sobie poziom cukru kilka razy dziennie i dobiera dawkę insuliny. Można się tym martwić. Ja wolę się cieszyć.

Mój nowotwór okazał się niezłośliwy. Profesor W. Koszewski wydziabał go przez nos. Z pobytem na neurochirurgii wiąże się jeszcze jedno zdarzenie. Na drugi dzień po operacji pan Profesor powiedział mi, że gdyby wszyscy jego pacjenci mieli takie nastawienie do życia jak ja, większość z nich by żyła. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ten epizod pokazał mi, jak daleką drogę przeszedłem.

Dlatego z pełnym przekonaniem głoszę, że aby czuć się osobą szczęśliwą, należy podjąć wcześniej odpowiednią decyzję, że tacy właśnie będziemy. To jest wyłącznie kwestia naszego wyboru. Przecież to był mój wybór, że takim człowiekiem się stałem.

Wierzę, że poczucie szczęścia jest zaraźliwe. Oznacza to, że każdy z nas może ludzi w swoim otoczeniu uszczęśliwiać. Dawać im nadzieję, że nawet jeśli mają obecnie trudny okres w swoim życiu, to on minie. Przy takiej postawie do życia, przy takim nastawieniu do zdarzeń losowych będzie Ci się żyło każdego dnia coraz lepiej!

Pozdrawiam szczęśliwie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Domowe grzybobranie

Drogi Czytelniku,
sezon urlopowy ruszył, a ja dam wpis na bloga z domowego zacisza. Inspiracją do rozważań okazało się grzybobranie. Chociaż mieszkam w pobliżu Puszczy Kampinoskiej, wcale nie musiałem do niej jechać na grzyby. Zresztą, chyba obowiązuje zakaz zbierania w niej płodów leśnych, więc oszczędziłem sobie spotkania ze Strażą Leśną. I ewentualnych nieprzyjemności, gdyby trafić na służbistę.

Co by nie mówić, to wspaniałe uczucie, gdy tuż pod domem sprawne oko grzybiarza spocznie na podejrzanych obiektach i okazuje się, że to grzyby jadalne. Konkretnie dorodne i zdrowe, czyli bez robaków, maślaki.

Delikatne odsłonięcie trawy ujawniło jeszcze jedno miejsce rośnięcia grzybów. No i zaczęło się grzybobranie.

Szybko pojawił się właściwy sprzęt do zbiorów, czyli nóż i miska. Możesz zapytać, dlaczego te maślaki są z całymi korzeniami. Otóż należę do grzybiarzy, którzy wykręcają grzyby z grzybni, a nie ucinają ich. Takie ucięte końcówki mogą potem gnić i zakazić grzybnię. W rezultacie zbiory są mniejsze.

Obecny rok od samego początku zapowiadał się grzybowo. To zdjęcie zrobiłem pierwszego dnia w Nowym Roku. Tak: 1.01.2017 r. Też na terenie swojej posesji. Co prawda to nie są maślaki, lecz czyż nie jest to piękny widok?

Z pewnością nie byłoby tych zdjęć, gdybym nie podjął decyzji 25 lat temu, żeby kupić kawałek pola, odrolnić działkę i potem wybudować dom. Efektu nie było widać od razu, bo tak jest zawsze w przypadku odroczonej gratyfikacji. To coś, co zobaczyłeś w swoim umyśle, bo tam wykiełkowało, urzeczywistnia się dopiero po jakimś czasie.

Warto cierpliwie czekać i w tym czasie robić wszystko, co trzeba, aby urzeczywistnić swoje marzenie, a ono z pewnością się spełni. W mojej wizji przyszłości nie było grzybów na własnej ;posesji. To tylko pokazuje, że przy dobrze sprecyzowanych i realizowanych celach rezultaty mogą Cię miło zaskoczyć!

PS
Od 1.08.2017 r. nie będzie już możliwości pobrać bezpłatnej wersji PDF książki Przywilej wyboru. W zamian pojawi się e-book pt. 365 motywujących pytań. Szczegóły wkrótce.

Pozdrawiam przyrodniczo,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

STOP oszustom

Drogi Czytelniku,
we czwartek 22 czerwca 2017 r. wybrałem się na zaproszenie redaktora Dariusza Maciejewskiego do Czytelni Naukowej nr IV Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Mokotów m.st. Warszawy. Kolega Redaktor prowadził tam spotkanie autorskie z Bożeną Kultys z Bytomia nt. jej książki STOP oszustom.

Ta książka jest niezwykle społecznie potrzebna. Autorka ma duże doświadczenie w pomaganiu ludziom, którzy zostali oszukani. Niestety, w wielu wypadkach oszuści są tak przebiegli lub oszukane osoby za późno zgłaszają się o pomoc, że niewiele już można zrobić, aby sprawę odkręcić.

A możemy być oszukani właściwie na każdym kroku: w Internecie, podczas rozmowy telefonicznej czy w spotkaniu oko w oko z oszustem. Dla oszusta każde miejsce jest dobre, a ofiara starannie dobrana. Często sama – przez chciwość, naiwność bądź niewiedzę – pcha się w jego łapy. Pani Bożena przytaczała przykłady, gdy niewinna prośba o sms skutkowała kosztami kilkuset złotych.

Wiele innych przykładów znajdziesz w polecanej przeze mnie książce Bożeny Kultys. Na dodatek autorka prowadzi bardzo wartościowy portal www.stop-oszustom.pl. W nim na bieżąco znajdziesz przestrogi, gdzie mogą Cię oszukać np. na Facebooku (sic!) lub podstawiając Ci prawie identycznie wyglądającą fakturę do zapłacenia. Jeśli nie wykażesz czujności, nawet kiepski oszukaniec oskubie Cię bezlitośnie.

Cóż można w tej sytuacji poradzić? Jeśli chcesz żyć bezpiecznie, koniecznie zapoznaj się z przestrogami Autorki. Mam również nadzieję, że stosowne służby państwowe też zaczną lepiej pełnić swoją rolę, aby uniknąć oszustw na wielką skalę typu Amber Gold, SKOK itp.

PS
Pani Bożena kończy właśnie studia pedagogiczne. Jestem przekonany, że zacięcie dydaktyczne pozwoli jej dotrzeć do rzeszy potencjalnych ofiar oszustw zanim znajdą się w łapach naciągaczy i kanciarzy.

Pozdrawiam ku przestrodze,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Motywacja według Helmuta

Drogi Czytelniku,
minęły trzy dni od czwartkowego (27.04.2017 r.) konwersatorium TQM prof. Andrzeja Blikle w nowej siedzibie, tj. Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. No cóż, nowa dyrekcja Ośrodka Rozwoju Edukacji uznała, że obecność Profesora w tym miejscu jest niewskazana i po 20 latach spotkań w budynku w Alejach Ujazdowskich 28 kazała mu się wynieść.

Biorąc pod uwagę, że dyrektor ORE dr Barbara Rudzińska-Mękal pracowała ostatnio jako prezes zarządu w Przedsiębiorstwie Wodociągów i Kanalizacji w Piasecznie Sp. z o. o., można uznać, że wpuściła się w kanał. W moim sposobie widzenia świata uważam, że trzeba być skończonym idiotą, aby z instytucji zajmującej się edukacją pozbywać się takiego źródła wiedzy jakim są konwersatoria TQM.

Na czwartkowym konwersatorium gościem prof. Andrzeja Blikle był Helmut V. Gläser, niezależny konsultant, międzynarodowy trener biznesu władający kilkoma językami, ekonomista i interim manager. Świetny gość, znakomicie posługujący się językiem polskim.

Główna teza jego czterogodzinnego warsztatu/wykładu sprowadzała się do słów: Motywowanie zabija motywację. Ciekawe, nie? Przecież za to rozliczają menedżerów, żeby motywowali. Dają im nawet do tego narzędzia w postaci funduszu premiowego i firmowych bonusów (telefon, samochód, opieka medyczna, spa itp.), czyli regulamin nagród i kar – innymi słowy: kij i marchewkę.

Szkopuł w tym, że rezultaty są odwrotne od zamierzonych. O czym wielokrotnie słyszeliśmy na innych wykładach podczas konwersatoriów TQM.

Co zatem motywuje? Poczucie sukcesu!!! A gdzie on się zaczyna? Gdy nasza praca ma sens. To jest pierwszy i najważniejszy czynnik, żeby można było mówić o motywacji. Co prawda zdaniem pana Helmuta o długotrwałym zaangażowaniu ludzi w to, co robią w firmie, decyduje jeszcze 10 innych elementów (m.in wartości, odpowiedzialność, środowisko zatrudnienia), lecz bez poczucia sensu pracy nic nie da się osiągnąć. Jeśli źle się czujesz w firmie, wiesz już dlaczego.

PS
Helmut V. Gläser dał wiele cennych wskazówek. Radził, aby nigdy nie żądać podwyżki, bo to z góry przegrana sprawa. Taka prośba działa na szefa jak czerwona płachta na byka. Zamiast o podwyżce rozmawiaj o dopasowaniu wynagrodzenia do wydajności w pracy i zakresu obowiązków. Wtedy masz duże szanse na sukces finansowy. Czego Ci życzę.

Pozdrawiam motywująco,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl
Facebook

Etui

Drogi Czytelniku,
miałem kilka tygodni temu przykre zdarzenie. Złodziej ukradł mi dokumenty. Jedyna pociecha to taka, że się naciął na współczesne zdobycze techniki i nagrał go monitoring. Stąd wiem, że była to kradzież, a nie zguba. Na dodatek zdarzenie miało miejsce w budynku starosty, więc z urzędu Policja musiała wdrożyć śledztwo.

Moim prywatnym zgłoszeniem chłopaki w niebieskich mundurach nie bardzo chcieli się zająć. Tłumaczyli mi, że i tak złodzieja nie znajdą. Jest zatem mała nadzieja, że sprawiedliwości stanie się zadość, bo śledztwo jednak ruszyło, tzn. ja musiałem zgłosić się na komendę powiatową policji. Z drugiej strony, od tego czasu cisza, więc szanse na wykrycie sprawcy są – jak sądzę – coraz mniejsze.

Dalszą niedogodnością okazało się to, że ponoć na skutek „dobrej zmiany” teraz na dowód rejestracyjny i prawo jazdy nie dają przezroczystego etui, jak kiedyś. (Tak przy okazji, czy wiesz, że wymawiając słowo ETUI powinniśmy akcentować ostatnią literę, czyli „i”. Wszak to francuskie słowo!) Musiałem więc w coś takiego zaopatrzyć się we własnym zakresie. Na Allegro zamówiłem interesujący mnie futeralik taki jak poniżej.

Mijały kolejne dni i cisza. Przesyłka nie nadchodzi. Zadzwoniłem do firmy, czy etui wysłali. Okazało się, że tak. Szkopuł był w tym, że ze względu na wartość przesyłki wynoszącej tylko kilka złotych, wybrałem jako sposób dostawy list ekonomiczny. Nie było zatem możliwości śledzenia jego trasy.

Możesz się dziwić, dlaczego piszę Ci o tak banalnej sprawie. A bo to pierwsza zagubiona przez pocztę przesyłka? Nie, lecz nauka z tej historii jest zupełnie inna. I tu się zaczyna najciekawszy wątek.

Wyobraź sobie, że gdy przesyłka wciąż nie nadchodziła, kilka razy zadzwonił do mnie właściciel firmy Biblios z Lublina. Pan Sławomir Kalinkiewicz był tak zażenowany sprawą, że po dwóch tygodniach od wysyłki chciał już nadać na swój koszt (sic!) drugie etui – tym razem listem poleconym. Rzadko się spotyka ludzi, którym tak zależy na kliencie.

Jeśli będziesz potrzebować jakiś wyrób z galanterii skórzanej lub tworzywowej, z pełnym przekonaniem mogę Ci polecić zakupy w firmie Biblios. Warto wspierać takich przedsiębiorców.

PS
Dzisiaj po południu wreszcie list z etui doszedł. Mogłem odwołać u pana Sławomira nadanie drugiego listu. Niemniej uważam, że poczta się nie popisała.

Pozdrawiam radośnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Hygge

Drogi Czytelniku,
czy wyobrażasz sobie, że jeszcze dwa tygodnie temu nie znałem słowa użytego w tytule dzisiejszego wpisu? Pojawiło się ono w naszym klubie Toastmasters Leaders podczas mowy Pauliny Borkowskiej pt. Czy szczęścia można się nauczyć?

Od Pauliny dowiedzieliśmy się, że hygge to duńskie słowo, a właściwie norweskie. Oznacza ono dobrostan – dobre samopoczucie. Znane już było kilkaset lat wcześniej, gdy Norwegia do początków XIX w. stanowiła część królestwa Danii. Wymawia się je w sposób mocno skomplikowany. Brzmienie może przybrać takie formy jak hugge, hyga, hhyoogh czy heurgh. Wszystkie są poprawne. Bo hygge to stan ducha, a nie czcze gadanie.

Duńczycy uznają się za jednych z najszczęśliwszych ludzi na świecie. W Europie bezkonkurencyjnie wiodą pod tym względem prym. Pod Kopenhagą mają nawet swój Instytut Badań nad Szczęściem. Powstał w 2013 r., aby badać jakość życia Duńczyków i ich poczucie szczęścia.

Oj przydałoby się coś takiego w Polsce. U nas jednak górują negatywne uczucia. Co chwila fala hejtu wylewa się z Internetu niczym fale z oceanu pomyj na brzeg. Nie umiemy cieszyć się chwilą tu i teraz. Odczuwamy szczęście tylko wtedy, gdy komuś bezkarnie dokopiemy.

Jak tu nie zazdrościć Duńczykom, że postępują inaczej. Pielęgnują stan hygge, dążąc codziennie do swojego szczęścia. Owszem, żyją w kraju, gdzie nie ma panów, których inni mają słuchać i im służyć. Ich władza państwowa istnieje po to, aby społeczeństwu dawać poczucie bezpieczeństwa.

To jest główny powód, że Duńczycy mają jeden z najwyższych poziomów kapitału społecznego, a Polacy najniższy. Jesteśmy jako poszczególni obywatele bardzo nieufni wobec innych ludzi. Cóż, w ten sposób nie zbudujemy emocjonalnego dobrostanu.

Co możemy w tej sytuacji zrobić? Po pierwsze, zacząć od maksymy: Nie ma złych ludzi, są tylko źle wyedukowani. Przynajmniej pod względem odczuwania szczęśliwości i poczucia własnej wartości. Po drugie, wierzę, że poczucia szczęścia można się nauczyć. Może nie będzie to od razu pełne hygge, lecz niech na początek na Twojej twarzy zagości uśmiech.

Pozdrawiam refleksyjnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Mit zmiany nawyku

Drogi Czytelniku,
skoro interesujesz się sprawami rozwoju osobistego, zapewne słyszałeś na wielu szkoleniach, że wystarczy tylko dwadzieścia jeden dni, aby zmienić dowolny – w domyśle zły – nawyk. Zawsze mnie interesowało, dlaczego mnie przychodzi tak trudno zmienić przyzwyczajenia. Zamiast wskazanych trzech tygodni u mnie ten czas wynosił raczej trzy miesiące. Czy Ty też tak masz?

Jeśli tak, to wszystko jest prawidłowo. Mit zmiany nawyku w trzy tygodnie pojawił się w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wszystko stało się za przyczyną dr. Maxwella Maltza, amerykańskiego chirurga kosmetycznego. W wydanej w 1960 r. książce Psycho-Cybernetics (polskie wydanie nastąpiło dopiero w 2003 r. przez Studio EMKA: Nowa psychocybernetyka, czyli jak być panem samego siebie) podał on, że u ludzi po amputacjach potrzeba przeciętnie dwadzieścia jeden dni, aby przyzwyczaili się do braku odciętej kończyny.

Stąd wzięła się sugestia, że wystarczą tylko trzy tygodnie, aby zmienić jakieś ważne życiowe przyzwyczajenie. Przy czym godzono się z wynikami obserwacji, że  zmiana silnie zakorzenionego nawyku mogła trwać dłużej. Jednak to liczba 21 dni na zmianę nawyku poszła w świat. Współczesne badania przeczą temu twierdzeniu.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Absolutnie w ten sposób nie chcę zdyskredytować dr. Maxwella Maltza. Przeciwnie, on ma ogromne zasługi dla współczesnej psychologii. Tacy eksperci w dziedzinie rozwoju osobistego jak Zig Ziglar czy Brian Tracy bazują na jego koncepcjach dotyczących wizualizacji i pozytywnego tworzenia obrazu samego siebie.

No dobrze, skoro koncepcja dwudziestu jeden dni na zmianę nawyku jest nieprawdziwa, to jak to wygląda naprawdę. Badania prowadzone od 2009 r. na londyńskim University College dają nam odpowiedź. Wyrobienie nowego nawyku trwa od 18 do 254 dni. Średnia ważona wynosi 66 dni. I tyle przeciętnie potrzeba na nauczenie się rutynowego wykonywania zadań umiarkowanie trudnych.

Jeśli więc w ciągu roku udaje Ci się zmienić tylko kilka nawyków: 3, 4, czy 5, to masz świetny rezultat. Działasz całkowicie w zgodzie z możliwościami ludzkiego mózgu. Przestań zadręczać się mitem 21 dni!

Dziś pozdrawiam dociekliwie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Ingerencja

Drogi Czytelniku,
za chwilę złożymy sobie życzenia noworoczne i z nadzieją rozpoczniemy Nowy Rok 2017. Co on nam przyniesie? Oczywiście tego nie wiemy. Uważam jednak, że w nim możemy zwiększyć prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, jeśli dokonamy pewnych korekt w naszym dotychczasowym trybie życia lub wprowadzimy do niego nowe elementy.

Tak, tak, wiem, że wyśmiewasz postanowienia noworoczne, bo nic z nich nigdy nie udało Ci się dotrzymać. Czy to oznacza, że nie warto kolejny raz spróbować, tyle że z większym doświadczeniem i determinacją?

Zdaję sobie sprawę, że każda propozycja zmiany budzi niepokój, podświadomy lęk, obawy, czy się nie ośmieszymy, i tym podobne obiekcje. A co, jeśli nie masz wyjścia i musisz zmierzyć się z wyzwaniem przerastającym Twoje dotychczasowe wyobrażenia o własnych możliwościach?

Dla mnie obszarem, gdzie ponoszę wiele klęsk jest informatyka i sprzęt komputerowy. W tym zakresie nie mam smykałki. Nie rozumiem, jak to wszystko działa i czemu zawsze źle działające programy lub urządzenia przytrafiają się właśnie mi.

laptop-1 A mimo to stawiłem czoła swojemu laptopowi Pavilion DV8000, gdy nagle zaszła taka potrzeba, bo rzężenie wentylatora uniemożliwiło mi pracę. Temperatura rdzenia procesora zaczęła gwałtownie rosnąć.

laptop-2Było dla mnie oczywiste, że za chwilę wyłączy się system, aby nie doszło do przegrzania.

Domyślasz się zapewne, że zdarzenie miało miejsce w weekend, gdy na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć.

Miałem wybór: albo zadręczać się swoim pechem komputerowym, albo poszukać rozwiązania. Jak widzisz na zdjęciach, wybrałem to drugie.

Metodycznie przystąpiłem do rozkręcania laptopa, aby dostać się do zepsutego wentylatora chłodzącego procesor. Siedział głęboko na płycie głównej.

laptop-3W końcu go jednak dopadłem. To jest widoczne czarne „koło” usytuowane lekko w prawo skos od środka zdjęcia. Pod nim znajduje się jasna osłona.

Niestety, nie miałem zapasowego wentylatora, ani nie można go było kupić w niedzielne popołudnie, bo giełda komputerowa była już zamknięta. Nie ma zresztą pewności, czy bym go dostał.

Zrobiłem, co w tej sytuacji mogłem: kilka razy natrysnąłem sprężonym powietrzem i preparatem smarującym K2 007 zatarte łożysko. Po kilku minutach wiatraczek wentylatora zaczął się obracać po dmuchnięciu na niego. Pełny sukces!

Ponieważ jeszcze nie weszła w życie ustawa o zakazie handlu w niedzielę, kupiłem w supermarkecie tubkę pasty termoprzewodzącej. Dzięki temu usprawniłem też odbiór ciepła z procesora, bo miałem czym posmarować płytkę wymiennika ciepła. Dodatkowo usunąłem kurz i kłaki zanieczyszczeń z radiatora.

laptop-4Całość elementów udało mi się skręcić ponownie. Owszem, finalnie zabrakło czterech wkrętów.

Widocznie pomyliłem się i wkręciłem je tam, gdzie nie trzeba. Mimo to – jak widać na załączonym obrazku – laptop bardzo dobrze działa. Gdy się dobrze przyjrzysz, na ekranie dostrzeżesz zdjęcie znajdujące się kilka akapitów powyżej (sic!).

Możesz się dziwić, czemu w to sylwestrowe popołudnie zajmuję się opisem przypadku z laptopem. Ano właśnie dlatego, że jest to doskonały moment, aby uzmysłowić sobie, że podobną ingerencję warto zrobić w naszym życiu, jeśli nie spełnia ono Twoich oczekiwań.

Wszak jak w przypadku laptopa jeden mały element może zakłócać pracę całego urządzenia, tak podobnie jakiś zły nawyk lub niewłaściwe cele mogą ograniczać wykorzystanie Twojego potencjału. Tymczasem niewielka zmiana bądź usprawnienie dotychczasowej strategii działania może w konsekwencji doprowadzić do oczekiwanych rezultatów.

Nie wiem jak Ty, ale ja zdecydowałem się większą wagę przyłożyć do kwestii finansowych w swoich działaniach biznesowych na nadchodzący rok. Idee ideami, a do realizacji dalekosiężnych planów potrzebne są odpowiednie środki finansowe. Chcę, aby Nowy Rok 2017 okazał się pod tym względem wyjątkowo pomyślny. Czego Tobie i sobie życzę.

Pozdrawiam noworocznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Cena uczciwości

Drogi Czytelniku,
zawsze bardzo ceniłem uczciwość. Przez to nieraz nawet mnie oszukano. Cóż, człowiek mierzy innych swoją miarką, a nie wszyscy są tego godni. Mimo to nie zmieniłem swoich przekonań, a niedawny przypadek z PLAY mnie w nich utwierdził.

Zapewne wiesz, czym jest karta SIM. Może nawet osobiście wkładałeś coś takiego do telefonu komórkowego bądź smartfona. Dla przypomnienia, na przedstawionej fotografii jest to ten mały prostokątny element po prawej stronie na dole z napisem PLAY.

Karta SIM
Karta SIM

Dowiedziałem się, że obecnie karty SIM mogą pomieścić nie 250 a 500 numerów. Napisałem więc Zgłoszenie na platformie Play24. Szybko dostałem informację, że mam się zgłosić do salonu PLAY i dostanę nową kartę SIM do mojego ulubionego telefonu Nokia 6310i.

Odstałem swoje w warszawskim centrum handlowym ARKADIA i rzeczywiście zdobyłem taką kartę bezpłatnie. Wsadzam ją w domu do telefonu, a tam komunikat, że ma tylko 250 numerów.

Zawiodłem się srodze i napisałem do PLAY, jaka wynikła sytuacja. Pani Joanna rozpatrująca skargę bardzo się przejęła moim przypadkiem. Dała mi nawet bonifikatę 20 zł przez 3 miesiące, czyli w sumie 60 zł. Oczywiście do tego dochodziła wymiana karty na właściwą 500-numerową.

Uzgodniłem z salonem PLAY w Auchan Łomianki, że mają taką kartę. Pojechałem po nią na pewniaka. Wkładam do telefonu… i jakież moje zdziwienie – jest tylko widać 250 numerów. Wtedy do mnie dotarło, że to nie wina PLAY, tylko mojego ulubionego telefonu Nokia 6310i. Sprawdziłem w serwisie GSM. Nowa karta SIM była na 500 numerów. Poczułem się nieszczególnie.

Znowu piszę Zgłoszenie do PLAY, jak sprawy się mają, przepraszam za zamieszanie i rezygnuję z przyznanej bonifikaty, bo to była ewidentnie moja wina.

Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałem od pana Przemysława z działu Obsługa Klienta Play taką odpowiedź: „W związku z uczciwością z Pana strony nie odłączę Panu rabatu przyznanego przez konsultantkę„.

Jeśli kiedykolwiek zawahasz się, czy warto być uczciwym, wspomnij ten mój przypadek. Doskonale ukazuje on, że uczciwość popłaca. Mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że cena uczciwości jest nie do przecenienia.

Pozdrawiam radośnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Dziesięć lat różnicy

Drogi Czytelniku,
możliwe, że Ty też spotykasz się z zarzutem, iż praca nad własnym rozwojem osobistym to strata czasu. Lepiej posiąść „twarde umiejętności” niż babrać się w „emocjonalnych drobnostkach”. No cóż, trudno komuś zabronić jego własnej opinii. W wyniku niewiedzy ma on ją taką, a nie inną.

Ja z kolei będę bronił stanowiska, że we współczesnym świecie osoby mające niski poziom inteligencji emocjonalnej mają bardzo małe szanse na odniesienie długofalowego sukcesu.

Owszem, doraźnie mogą nawet mieć spektakularne osiągnięcia. Jeśli doszli do jakichś stanowisk, mogą sobie pozwolić – jak im się błędnie wydaje – traktować podwładnych jak śmieci. To wszystko jednak do czasu, bo coraz bardziej stajemy się gospodarką opartą na wiedzy, a nie na chamstwie. W końcu sprawa się rypnie. Jeśli nie w firmie, to w życiu osobistym lub rodzinnym.

Z przykrością słucham wywodów ojców lub matek, zapracowanych w pogoni za tytułami i karierą, że robią to dla swoich dzieci. Wbrew pozorom to wymówka jak każda inna, gdy brakuje nam umiaru w tym, co robimy. Twoje dziecko nie potrzebuje pieniędzy – przynajmniej do pewnego wieku. Ono potrzebuje Twojego czasu.

Będzie o wiele rozsądniej, gdy na to, co robisz w życiu zawodowym, popatrzysz oczami dziecka. Jestem bardzo mocno przekonany, że to będzie inny widok niż Twoich oczu. Może jednak warto zacząć pracować nad własnym rozwojem osobistym, aby lepiej rozumieć, co się w życiu liczy i jak rozwiązywać związane z nim wyzwania?

logo-nl-1Dziesięć lat temu byłem za kadencji 2005-2006 po raz pierwszy prezesem Stowarzyszenia Nasze Łomianki. Jestem nim ponownie w obecnej kadencji 2015-2016. Te dziesięć lat różnicy w moim życiu stanowi istotną zmianę. Gdybym od kilku lat nie pracował nad poprawą swojej inteligencji emocjonalnej, pewnie poniósłbym sromotna klęskę w kierowaniu pracami naszej organizacji.

Niby wszyscy dobrze się znamy i jesteśmy przyjaciółmi. Jednak postarzeliśmy się właśnie o te dziesięć lat. A z wiekiem wychodzą coraz jaskrawiej nasze różne przywary, różnice polityczne, zadawnione konflikty i inne ludzkie słabości.

Wiem, ile zawdzięczam przeczytanym książkom, słuchaniu nagrań edukacyjnych w samochodzie, różnym szkoleniom i rozmowom z ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia. Bez tej wiedzy byłbym całkowicie bezradny jako prezes Stowarzyszenia.

Może i Ty piastujesz funkcję, gdzie bez rozwoju osobistego ani rusz?

Pozdrawiam edukacyjnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl