Marcin

Drogi Czytelniku,
w ostatni czwartek pożegnaliśmy na warszawskich Powązkach naszego kolegę Marcina Buczkowskiego. To strasznie przykre, gdy w wieku zaledwie 34 lat umiera tak wartościowy człowiek jak On. Nie miał szans, bo zaatakowała go bezlitosna choroba. Po jej wykryciu lekarze dawali Mu co najwyżej kilkanaście tygodni życia. Jednak Marcin niezłomnie z nią walczył i przeżył jeszcze kilkanaście miesięcy do końca pozostając troskliwym ojcem swoich 2 córeczek, wspaniałym mężem Joanny i nietuzinkowym prezesem giełdowej spółki – że o koleżeństwie dla znajomych nie wspomnę.

Poznaliśmy się prawie 10 lat temu, gdy pracowałem w Nafcie Polskiej SA. On tam już był parę miesięcy wcześniej. Potem został członkiem Zarządu Zakładów Azotowych „Puławy” (i nawet przez kilka miesięcy im prezesował), aby wprowadzić tę spółkę na giełdę. Od 2006 r.  poświęcił się całkowicie swojemu nowemu „dziecku biznesowemu”, tj. spółce CP Energia – nowemu „graczowi” na rynku gazu ziemnego, w której był do końca Prezesem Zarządu.

Pod koniec lata 2009 r. przyszedł mail w sprawie krwi na operację Marcina. Zdarza się, bo przecież w takich sytuacjach szpitale chcą krwi na wymianę. Trudno było uznać tę informację za dramatyczną. Dopiero później, gdy w marcu 2010 r. byłem zaproszony na Mszę z modlitwą o uzdrowienie Marcina, zrozumiałem,  jak jest źle. Wtedy mi też powiedział, co za paskudztwo go zaatakowało, a guz okazał się nieoperacyjny.

Rozmawiałem z Nim ostatnio na przełomie roku. Podsuwałem kolejne pomysły, jak może wzmocnić organizm. Był po niedawnym wyjeździe na narty z rodziną i przyjaciółmi. Tryskał optymizmem, że radzi sobie coraz lepiej z chorobą. Niestety, miesiąc później już nie żył. Ale ten jego hart ducha na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

To pierwszy przypadek w moim życiu, gdy uczestniczyłem w czyimś ślubie, a teraz pogrzebie. I te zdarzenia dzieli zaledwie kilka lat. Zwyczajnie, po ludzku trudno zrozumieć śmierć Marcina. Jakiż subtelny musi być zamysł Boga, aby wydać nagle wyrok śmierci na Syna, Męża, Tatę, Przyjaciela czy Szefa! Przecież z zaciśniętego gardła wyrywa się pytanie: Boże, dlaczego właśnie jego nam zabierasz?

Owszem, wierzymy, że nasza ziemska wędrówka to tylko fragment życia. I słyszeliśmy nieraz od księdza bądź czytaliśmy w Piśmie, że Pan Bóg zabiera nas z tego świata w najkorzystniejszym dla nas momencie.  Ale jakie to pocieszenie, gdy bezpośrednio dotyka nas taka sytuacja? Ile pokory trzeba w sobie mieć, żeby pogodzić się z decyzją Boga odnośnie śmierci najbliższej osoby, gdy jesteś matką, żoną jak Joanna czy małą córeczką, która nigdy już nie ujrzy swojego Tatusia.

Gdy wracałem z cmentarza, rozmawiałem w czasie drogi z muzykiem, który grał na trąbce podczas uroczystości żałobnych i wkładania trumny do grobu. Powiedział mi: – Wie pan, od lat nie widziałem tylu ludzi na pogrzebie. I to w taki mróz. To musiał być niezwykły człowiek!„. Tak, to prawda.

Czy zatem może dziwić smutek, który ogarnął nas wszystkich, znających Marcina? Czy może dziwić wspaniała mowa pożegnalna wygłoszona łamiącym się ze wzruszenia głosem przez Jarka Patyka nad grobem Przyjaciela? Czy może dziwić tęsknota za jego uśmiechem, który Mu towarzyszył w każdej sytuacji?

Właśnie, ten uśmiech! Skoro już nie ma wśród nas Marcina, chociaż zachowajmy na zawsze w pamięci Jego uśmiech. Uśmiech dodający otuchy najbliższym i przyjaciołom. Wszak kiedyś spotkamy się!

PS. A co będzie w Twoim przypadku? Jak zostaniesz zapamiętany przez swoje otoczenie? Co odciśniesz na życiu innych? Czy też okażesz się wartościowym człowiekiem, za którym ludzie płaczą po stracie jak za Marcinem? Czy Twój styl życia dla innych będzie przykładem?


Pozdrawiam pozostając w smutku i zadumie,
Jerzy