Etui

Marzec 31st, 2017

Drogi Czytelniku,
miałem kilka tygodni temu przykre zdarzenie. Złodziej ukradł mi dokumenty. Jedyna pociecha to taka, że się naciął na współczesne zdobycze techniki i nagrał go monitoring. Stąd wiem, że była to kradzież, a nie zguba. Na dodatek zdarzenie miało miejsce w budynku starosty, więc z urzędu Policja musiała wdrożyć śledztwo.

Moim prywatnym zgłoszeniem chłopaki w niebieskich mundurach nie bardzo chcieli się zająć. Tłumaczyli mi, że i tak złodzieja nie znajdą. Jest zatem mała nadzieja, że sprawiedliwości stanie się zadość, bo śledztwo jednak ruszyło, tzn. ja musiałem zgłosić się na komendę powiatową policji. Z drugiej strony, od tego czasu cisza, więc szanse na wykrycie sprawcy są – jak sądzę – coraz mniejsze.

Dalszą niedogodnością okazało się to, że ponoć na skutek „dobrej zmiany” teraz na dowód rejestracyjny i prawo jazdy nie dają przezroczystego etui, jak kiedyś. (Tak przy okazji, czy wiesz, że wymawiając słowo ETUI powinniśmy akcentować ostatnią literę, czyli „i”. Wszak to francuskie słowo!) Musiałem więc w coś takiego zaopatrzyć się we własnym zakresie. Na Allegro zamówiłem interesujący mnie futeralik taki jak poniżej.

Mijały kolejne dni i cisza. Przesyłka nie nadchodzi. Zadzwoniłem do firmy, czy etui wysłali. Okazało się, że tak. Szkopuł był w tym, że ze względu na wartość przesyłki wynoszącej tylko kilka złotych, wybrałem jako sposób dostawy list ekonomiczny. Nie było zatem możliwości śledzenia jego trasy.

Możesz się dziwić, dlaczego piszę Ci o tak banalnej sprawie. A bo to pierwsza zagubiona przez pocztę przesyłka? Nie, lecz nauka z tej historii jest zupełnie inna. I tu się zaczyna najciekawszy wątek.

Wyobraź sobie, że gdy przesyłka wciąż nie nadchodziła, kilka razy zadzwonił do mnie właściciel firmy Biblios z Lublina. Pan Sławomir Kalinkiewicz był tak zażenowany sprawą, że po dwóch tygodniach od wysyłki chciał już nadać na swój koszt (sic!) drugie etui – tym razem listem poleconym. Rzadko się spotyka ludzi, którym tak zależy na kliencie.

Jeśli będziesz potrzebować jakiś wyrób z galanterii skórzanej lub tworzywowej, z pełnym przekonaniem mogę Ci polecić zakupy w firmie Biblios. Warto wspierać takich przedsiębiorców.

PS
Dzisiaj po południu wreszcie list z etui doszedł. Mogłem odwołać u pana Sławomira nadanie drugiego listu. Niemniej uważam, że poczta się nie popisała.

Pozdrawiam radośnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Hygge

Luty 28th, 2017

Drogi Czytelniku,
czy wyobrażasz sobie, że jeszcze dwa tygodnie temu nie znałem słowa użytego w tytule dzisiejszego wpisu? Pojawiło się ono w naszym klubie Toastmasters Leaders podczas mowy Pauliny Borkowskiej pt. Czy szczęścia można się nauczyć?

Od Pauliny dowiedzieliśmy się, że hygge to duńskie słowo, a właściwie norweskie. Oznacza ono dobrostan – dobre samopoczucie. Znane już było kilkaset lat wcześniej, gdy Norwegia do początków XIX w. stanowiła część królestwa Danii. Wymawia się je w sposób mocno skomplikowany. Brzmienie może przybrać takie formy jak hugge, hyga, hhyoogh czy heurgh. Wszystkie są poprawne. Bo hygge to stan ducha, a nie czcze gadanie.

Duńczycy uznają się za jednych z najszczęśliwszych ludzi na świecie. W Europie bezkonkurencyjnie wiodą pod tym względem prym. Pod Kopenhagą mają nawet swój Instytut Badań nad Szczęściem. Powstał w 2013 r., aby badać jakość życia Duńczyków i ich poczucie szczęścia.

Oj przydałoby się coś takiego w Polsce. U nas jednak górują negatywne uczucia. Co chwila fala hejtu wylewa się z Internetu niczym fale z oceanu pomyj na brzeg. Nie umiemy cieszyć się chwilą tu i teraz. Odczuwamy szczęście tylko wtedy, gdy komuś bezkarnie dokopiemy.

Jak tu nie zazdrościć Duńczykom, że postępują inaczej. Pielęgnują stan hygge, dążąc codziennie do swojego szczęścia. Owszem, żyją w kraju, gdzie nie ma panów, których inni mają słuchać i im służyć. Ich władza państwowa istnieje po to, aby społeczeństwu dawać poczucie bezpieczeństwa.

To jest główny powód, że Duńczycy mają jeden z najwyższych poziomów kapitału społecznego, a Polacy najniższy. Jesteśmy jako poszczególni obywatele bardzo nieufni wobec innych ludzi. Cóż, w ten sposób nie zbudujemy emocjonalnego dobrostanu.

Co możemy w tej sytuacji zrobić? Po pierwsze, zacząć od maksymy: Nie ma złych ludzi, są tylko źle wyedukowani. Przynajmniej pod względem odczuwania szczęśliwości i poczucia własnej wartości. Po drugie, wierzę, że poczucia szczęścia można się nauczyć. Może nie będzie to od razu pełne hygge, lecz niech na początek na Twojej twarzy zagości uśmiech.

Pozdrawiam refleksyjnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Mit zmiany nawyku

Styczeń 31st, 2017

Drogi Czytelniku,
skoro interesujesz się sprawami rozwoju osobistego, zapewne słyszałeś na wielu szkoleniach, że wystarczy tylko dwadzieścia jeden dni, aby zmienić dowolny – w domyśle zły – nawyk. Zawsze mnie interesowało, dlaczego mnie przychodzi tak trudno zmienić przyzwyczajenia. Zamiast wskazanych trzech tygodni u mnie ten czas wynosił raczej trzy miesiące. Czy Ty też tak masz?

Jeśli tak, to wszystko jest prawidłowo. Mit zmiany nawyku w trzy tygodnie pojawił się w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wszystko stało się za przyczyną dr. Maxwella Maltza, amerykańskiego chirurga kosmetycznego. W wydanej w 1960 r. książce Psycho-Cybernetics (polskie wydanie nastąpiło dopiero w 2003 r. przez Studio EMKA: Nowa psychocybernetyka, czyli jak być panem samego siebie) podał on, że u ludzi po amputacjach potrzeba przeciętnie dwadzieścia jeden dni, aby przyzwyczaili się do braku odciętej kończyny.

Stąd wzięła się sugestia, że wystarczą tylko trzy tygodnie, aby zmienić jakieś ważne życiowe przyzwyczajenie. Przy czym godzono się z wynikami obserwacji, że  zmiana silnie zakorzenionego nawyku mogła trwać dłużej. Jednak to liczba 21 dni na zmianę nawyku poszła w świat. Współczesne badania przeczą temu twierdzeniu.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Absolutnie w ten sposób nie chcę zdyskredytować dr. Maxwella Maltza. Przeciwnie, on ma ogromne zasługi dla współczesnej psychologii. Tacy eksperci w dziedzinie rozwoju osobistego jak Zig Ziglar czy Brian Tracy bazują na jego koncepcjach dotyczących wizualizacji i pozytywnego tworzenia obrazu samego siebie.

No dobrze, skoro koncepcja dwudziestu jeden dni na zmianę nawyku jest nieprawdziwa, to jak to wygląda naprawdę. Badania prowadzone od 2009 r. na londyńskim University College dają nam odpowiedź. Wyrobienie nowego nawyku trwa od 18 do 254 dni. Średnia ważona wynosi 66 dni. I tyle przeciętnie potrzeba na nauczenie się rutynowego wykonywania zadań umiarkowanie trudnych.

Jeśli więc w ciągu roku udaje Ci się zmienić tylko kilka nawyków: 3, 4, czy 5, to masz świetny rezultat. Działasz całkowicie w zgodzie z możliwościami ludzkiego mózgu. Przestań zadręczać się mitem 21 dni!

Dziś pozdrawiam dociekliwie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Ingerencja

Grudzień 31st, 2016

Drogi Czytelniku,
za chwilę złożymy sobie życzenia noworoczne i z nadzieją rozpoczniemy Nowy Rok 2017. Co on nam przyniesie? Oczywiście tego nie wiemy. Uważam jednak, że w nim możemy zwiększyć prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, jeśli dokonamy pewnych korekt w naszym dotychczasowym trybie życia lub wprowadzimy do niego nowe elementy.

Tak, tak, wiem, że wyśmiewasz postanowienia noworoczne, bo nic z nich nigdy nie udało Ci się dotrzymać. Czy to oznacza, że nie warto kolejny raz spróbować, tyle że z większym doświadczeniem i determinacją?

Zdaję sobie sprawę, że każda propozycja zmiany budzi niepokój, podświadomy lęk, obawy, czy się nie ośmieszymy, i tym podobne obiekcje. A co, jeśli nie masz wyjścia i musisz zmierzyć się z wyzwaniem przerastającym Twoje dotychczasowe wyobrażenia o własnych możliwościach?

Dla mnie obszarem, gdzie ponoszę wiele klęsk jest informatyka i sprzęt komputerowy. W tym zakresie nie mam smykałki. Nie rozumiem, jak to wszystko działa i czemu zawsze źle działające programy lub urządzenia przytrafiają się właśnie mi.

laptop-1 A mimo to stawiłem czoła swojemu laptopowi Pavilion DV8000, gdy nagle zaszła taka potrzeba, bo rzężenie wentylatora uniemożliwiło mi pracę. Temperatura rdzenia procesora zaczęła gwałtownie rosnąć.

laptop-2Było dla mnie oczywiste, że za chwilę wyłączy się system, aby nie doszło do przegrzania.

Domyślasz się zapewne, że zdarzenie miało miejsce w weekend, gdy na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć.

Miałem wybór: albo zadręczać się swoim pechem komputerowym, albo poszukać rozwiązania. Jak widzisz na zdjęciach, wybrałem to drugie.

Metodycznie przystąpiłem do rozkręcania laptopa, aby dostać się do zepsutego wentylatora chłodzącego procesor. Siedział głęboko na płycie głównej.

laptop-3W końcu go jednak dopadłem. To jest widoczne czarne „koło” usytuowane lekko w prawo skos od środka zdjęcia. Pod nim znajduje się jasna osłona.

Niestety, nie miałem zapasowego wentylatora, ani nie można go było kupić w niedzielne popołudnie, bo giełda komputerowa była już zamknięta. Nie ma zresztą pewności, czy bym go dostał.

Zrobiłem, co w tej sytuacji mogłem: kilka razy natrysnąłem sprężonym powietrzem i preparatem smarującym K2 007 zatarte łożysko. Po kilku minutach wiatraczek wentylatora zaczął się obracać po dmuchnięciu na niego. Pełny sukces!

Ponieważ jeszcze nie weszła w życie ustawa o zakazie handlu w niedzielę, kupiłem w supermarkecie tubkę pasty termoprzewodzącej. Dzięki temu usprawniłem też odbiór ciepła z procesora, bo miałem czym posmarować płytkę wymiennika ciepła. Dodatkowo usunąłem kurz i kłaki zanieczyszczeń z radiatora.

laptop-4Całość elementów udało mi się skręcić ponownie. Owszem, finalnie zabrakło czterech wkrętów.

Widocznie pomyliłem się i wkręciłem je tam, gdzie nie trzeba. Mimo to – jak widać na załączonym obrazku – laptop bardzo dobrze działa. Gdy się dobrze przyjrzysz, na ekranie dostrzeżesz zdjęcie znajdujące się kilka akapitów powyżej (sic!).

Możesz się dziwić, czemu w to sylwestrowe popołudnie zajmuję się opisem przypadku z laptopem. Ano właśnie dlatego, że jest to doskonały moment, aby uzmysłowić sobie, że podobną ingerencję warto zrobić w naszym życiu, jeśli nie spełnia ono Twoich oczekiwań.

Wszak jak w przypadku laptopa jeden mały element może zakłócać pracę całego urządzenia, tak podobnie jakiś zły nawyk lub niewłaściwe cele mogą ograniczać wykorzystanie Twojego potencjału. Tymczasem niewielka zmiana bądź usprawnienie dotychczasowej strategii działania może w konsekwencji doprowadzić do oczekiwanych rezultatów.

Nie wiem jak Ty, ale ja zdecydowałem się większą wagę przyłożyć do kwestii finansowych w swoich działaniach biznesowych na nadchodzący rok. Idee ideami, a do realizacji dalekosiężnych planów potrzebne są odpowiednie środki finansowe. Chcę, aby Nowy Rok 2017 okazał się pod tym względem wyjątkowo pomyślny. Czego Tobie i sobie życzę.

Pozdrawiam noworocznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Cena uczciwości

Listopad 30th, 2016

Drogi Czytelniku,
zawsze bardzo ceniłem uczciwość. Przez to nieraz nawet mnie oszukano. Cóż, człowiek mierzy innych swoją miarką, a nie wszyscy są tego godni. Mimo to nie zmieniłem swoich przekonań, a niedawny przypadek z PLAY mnie w nich utwierdził.

Zapewne wiesz, czym jest karta SIM. Może nawet osobiście wkładałeś coś takiego do telefonu komórkowego bądź smartfona. Dla przypomnienia, na przedstawionej fotografii jest to ten mały prostokątny element po prawej stronie na dole z napisem PLAY.

Karta SIM

Karta SIM

Dowiedziałem się, że obecnie karty SIM mogą pomieścić nie 250 a 500 numerów. Napisałem więc Zgłoszenie na platformie Play24. Szybko dostałem informację, że mam się zgłosić do salonu PLAY i dostanę nową kartę SIM do mojego ulubionego telefonu Nokia 6310i.

Odstałem swoje w warszawskim centrum handlowym ARKADIA i rzeczywiście zdobyłem taką kartę bezpłatnie. Wsadzam ją w domu do telefonu, a tam komunikat, że ma tylko 250 numerów.

Zawiodłem się srodze i napisałem do PLAY, jaka wynikła sytuacja. Pani Joanna rozpatrująca skargę bardzo się przejęła moim przypadkiem. Dała mi nawet bonifikatę 20 zł przez 3 miesiące, czyli w sumie 60 zł. Oczywiście do tego dochodziła wymiana karty na właściwą 500-numerową.

Uzgodniłem z salonem PLAY w Auchan Łomianki, że mają taką kartę. Pojechałem po nią na pewniaka. Wkładam do telefonu… i jakież moje zdziwienie – jest tylko widać 250 numerów. Wtedy do mnie dotarło, że to nie wina PLAY, tylko mojego ulubionego telefonu Nokia 6310i. Sprawdziłem w serwisie GSM. Nowa karta SIM była na 500 numerów. Poczułem się nieszczególnie.

Znowu piszę Zgłoszenie do PLAY, jak sprawy się mają, przepraszam za zamieszanie i rezygnuję z przyznanej bonifikaty, bo to była ewidentnie moja wina.

Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałem od pana Przemysława z działu Obsługa Klienta Play taką odpowiedź: „W związku z uczciwością z Pana strony nie odłączę Panu rabatu przyznanego przez konsultantkę„.

Jeśli kiedykolwiek zawahasz się, czy warto być uczciwym, wspomnij ten mój przypadek. Doskonale ukazuje on, że uczciwość popłaca. Mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że cena uczciwości jest nie do przecenienia.

Pozdrawiam radośnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Dziesięć lat różnicy

Październik 31st, 2016

Drogi Czytelniku,
możliwe, że Ty też spotykasz się z zarzutem, iż praca nad własnym rozwojem osobistym to strata czasu. Lepiej posiąść „twarde umiejętności” niż babrać się w „emocjonalnych drobnostkach”. No cóż, trudno komuś zabronić jego własnej opinii. W wyniku niewiedzy ma on ją taką, a nie inną.

Ja z kolei będę bronił stanowiska, że we współczesnym świecie osoby mające niski poziom inteligencji emocjonalnej mają bardzo małe szanse na odniesienie długofalowego sukcesu.

Owszem, doraźnie mogą nawet mieć spektakularne osiągnięcia. Jeśli doszli do jakichś stanowisk, mogą sobie pozwolić – jak im się błędnie wydaje – traktować podwładnych jak śmieci. To wszystko jednak do czasu, bo coraz bardziej stajemy się gospodarką opartą na wiedzy, a nie na chamstwie. W końcu sprawa się rypnie. Jeśli nie w firmie, to w życiu osobistym lub rodzinnym.

Z przykrością słucham wywodów ojców lub matek, zapracowanych w pogoni za tytułami i karierą, że robią to dla swoich dzieci. Wbrew pozorom to wymówka jak każda inna, gdy brakuje nam umiaru w tym, co robimy. Twoje dziecko nie potrzebuje pieniędzy – przynajmniej do pewnego wieku. Ono potrzebuje Twojego czasu.

Będzie o wiele rozsądniej, gdy na to, co robisz w życiu zawodowym, popatrzysz oczami dziecka. Jestem bardzo mocno przekonany, że to będzie inny widok niż Twoich oczu. Może jednak warto zacząć pracować nad własnym rozwojem osobistym, aby lepiej rozumieć, co się w życiu liczy i jak rozwiązywać związane z nim wyzwania?

logo-nl-1Dziesięć lat temu byłem za kadencji 2005-2006 po raz pierwszy prezesem Stowarzyszenia Nasze Łomianki. Jestem nim ponownie w obecnej kadencji 2015-2016. Te dziesięć lat różnicy w moim życiu stanowi istotną zmianę. Gdybym od kilku lat nie pracował nad poprawą swojej inteligencji emocjonalnej, pewnie poniósłbym sromotna klęskę w kierowaniu pracami naszej organizacji.

Niby wszyscy dobrze się znamy i jesteśmy przyjaciółmi. Jednak postarzeliśmy się właśnie o te dziesięć lat. A z wiekiem wychodzą coraz jaskrawiej nasze różne przywary, różnice polityczne, zadawnione konflikty i inne ludzkie słabości.

Wiem, ile zawdzięczam przeczytanym książkom, słuchaniu nagrań edukacyjnych w samochodzie, różnym szkoleniom i rozmowom z ludźmi, którzy mają coś do powiedzenia. Bez tej wiedzy byłbym całkowicie bezradny jako prezes Stowarzyszenia.

Może i Ty piastujesz funkcję, gdzie bez rozwoju osobistego ani rusz?

Pozdrawiam edukacyjnie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

Za darmo

Wrzesień 30th, 2016

Drogi Czytelniku,
może miałeś w swoim ręku książkę Chrisa Andersona pod dość frapującym – z punktu widzenia biznesowego – tytułem Za darmo? Zapoznałem się z nią jakieś cztery lata temu, a więc wkrótce po jej polskim wydaniu w 2011 r.

okladka-za-darmo-1Wtedy było mi trudno pogodzić się z tą tezą. Jak zapewne wiesz, każdy z nas odczuwa o wiele bardziej stratę czegoś teraz niż zyskanie nawet dużo więcej, lecz w przyszłości. Z tego powodu tyle różnych okazji mija nam koło nosa. Bojąc się, że stracimy to, co już mamy, odrzucamy odruchowo, bez zastanowienia nadarzającą się szansę na coś nowego w naszym życiu.

Nie oceniam, czy to dobrze, czy też źle. Zauważam tylko, że tak właśnie jest. Co więcej, też podlegam tego typu emocjom. Z tego powodu wiele okazji zaprzepaściłem bezpowrotnie.

Mimo to zdecydowałem sprawdzić, jak to jest w praktyce z tym za darmo. Takim poligonem doświadczalnym były spotkania z Czytelnikami mojej książki Przywilej wyboru. Było wiele przypadków, gdy przyjeżdżałem do biblioteki lub szkoły bez gratyfikacji finansowych, bo dana placówka była mocno „pod kreską”. Jak to w kulturze i edukacji bywa.

Owszem „znafcy” wyśmiewali się z takiego podejścia do biznesu. Niemniej jednak było wiele instytucji, które mi zapłaciły na przyjazd. Zawsze też okazywało się, że ktoś chciał mieć moją książkę na własność z autografem, więc bilans się domykał.

I oto doszedłem do kolejnego poziomu za darmo. Zdecydowałem się opublikować w Internecie elektroniczną, darmową wersję książki Przywilej wyboru w postaci pliku pdf. Do tej pory na mojej firmowej witrynie były dostępne jej fragmenty, w tym dwa pierwsze rozdziały. Teraz możesz mieć całość, czyli 416 stron.

Do tej decyzji dojrzewałem przez ostatnie tygodnie, gdy ponownie w tym roku zajrzałem do książki Za darmo. Znowu borykałem się z emocjami. A nuż książka trafi np. na portal chomikuj.pl i ktoś będzie czerpał nienależne korzyści.

Z drugiej strony, mam wiele sygnałów, jak moja książka korzystnie wpłynęła na życie wiele osób. Z pewnością pomoże ona również dalszym Czytelnikom. Dlaczego nie mielibyśmy wspólnie zwiększyć szybkości rozprzestrzenienia się informacji o niej? Ufam, że znajdą się też tacy, którzy przy okazji kupią papierową wersję książki komuś na prezent lub dla siebie, żeby zaznaczyć sobie ważne kwestie.

Nie ukrywam, że tym przypadku liczę na Ciebie. Może już przeczytałeś książkę Przywilej wyboru? A może dopiero przed Tobą ta lektura? Możesz iść po nią do księgarni, biblioteki lub otrzymać książkę w postaci pliku pdf. Jeśli uznasz, że jej treść jest wartościowa, skieruj swoich znajomych, przyjaciół lub bliskich na formularz znajdujący się w zakładce „Darmowy PDF„. Niech oni też skorzystają.

Proszę, pomóż mi dotrzeć do nowych rzesz Czytelników.

Dziś pozdrawiam darmowo,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

Tadeusz

Sierpień 31st, 2016

Drogi Czytelniku,
znowu miałem okazję posłuchać Tadeusza Niwińskiego podczas wyjątkowego spotkania w warszawskim Klubie Ludzi Sukcesu we wtorek 30.08.2016 r. Poprzednio miałem taką sposobność 8 lat temu (o rety, jak to już dawno!), gdy stawiałem pierwsze kroki na swojej drodze rozwoju osobistego. Zobacz historyczny wpis na ten temat.

Tadeusz, któremu choroba Parkinsona daje się we znaki i do której ma żartobliwy stosunek (co za hart ducha, cóż za podejście do życia!!!), dał półgodzinne wystąpienie. Powtórzył w nim w pigułce swoje główne tezy na osiągnięcie szczęśliwego życia, prezentowane w 10 książkach. Tak, tak,  już tyle napisał.

Zapewne zapytasz, które z jego myśli warto zapamiętać? Przynajmniej kilka.

  1. Trzeba wiedzieć, czego się chce od życia. Jeśli wiesz, czego chcesz, możesz to osiągnąć. Dzięki marzeniom wyznaczasz sobie cele i potem opracowujesz strategię i taktykę ich osiągnięcia.
  2. Koniecznie trzeba robić to, co mamy do zrobienia. Ilu z nas waha się przed podjęciem działań, które mają nas doprowadzić do realizacji celów. Szukamy wymówek i wymyślamy przeszkody, zamiast skupić się na rozwiązaniach.
  3. Miłość powinna być rozumna. To wielka sztuka znaleźć odpowiednią osobę na całe życie. Oto słowa Tadeusza na ten temat (Maestro powiedział je swojej żonie – przyp. JK): – Po 46 latach wciąż się kochamy.
  4. Nie krytykuj innych. Dlaczego uzurpujesz sobie prawo, aby osądzać innych ludzi? Nawet jeśli uważasz, że Twoja krytyka jest słuszna, bo KONSTRUKTYWNA, głównie szukasz zaspokojenia swojego ego, a nie żeby byś pomocą dla drugiej osoby. Krytykujesz dla zadowolenia siebie. Osobiście uważam, że to przejaw poczucia niskiej wartości.

Odnośnie czwartego punku dodam jeszcze, że działając od kilku lat w organizacji Toastmasters, widzę, jak oceniającym łatwo doszukać się potknięć mówcy, a trudno znaleźć plusy w przedstawionej mowie. Natomiast Tadeusz zawsze stał na stanowisku, że wypowiedź o kimś, czyichś dokonaniach czy też recenzja ma być wspierająca.

Dyplom-1Z tą koncepcją zetknąłem się właśnie w KLS-ie i nadal ją kultywuję w Toastmasters. Efekty przeszły moje oczekiwania, o czym świadczy dyplom uzyskany wczoraj, gdy gościnnie wypowiadałem się w moim macierzystym klubie.

Owszem, czasami trudno znaleźć pozytywne aspekty. Czy jednak w 100% w czyimś wystąpieniu publicznym, opinii bądź zachowaniu rzeczywiście nie znajdziesz nic, co warto docenić? Żyjemy w społeczeństwie, które skupia się na krytyce. Przeciętni ludzie uwielbiają komuś dopiec. Masz wybór, możesz postępować inaczej. Paradoksalnie to Ty najwięcej korzystasz, gdy kogoś wspierasz.

Wracając do Tadeusza Niwińskiego, którego widziałem być może ostatni raz w życiu, bądź zawsze przygotowany na udzielenie odpowiedzi na pytanie, które i on sobie zadaje: Co ja z siebie daję?

No właśnie, co? Pytam, bo u schyłku życia możesz je prosić, aby poczekało, a ono nie da Ci czasu na udzielenie tak ważnej odpowiedzi.

Pozdrawiam wspierająco,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

System

Lipiec 31st, 2016

Drogi Czytelniku,
zapewne nieraz byłeś w sytuacji, że czegoś się obawiałeś. Jednocześnie wiedziałeś, że nie masz odejścia i niechcianą sprawę musisz załatwić.  Mnie się to przydarzyło teraz w wakacje. Stanąłem przed koniecznością wgrania systemu Windows 7. Samodzielnie!!!

Oczywiście, dla wytrawnych informatyków nie stanowi to żadnego problemu. Dla mnie było jednak nie lada wyzwaniem. Dlaczego? Bo nigdy tego wcześniej nie robiłem.

Zawsze są dwa wyjścia w tym zakresie: mieć miłe metody lub miłe rezultaty. Co wolisz? W pierwszym przypadku mogłem narzekać na zamulony laptop, denerwujące wyłączanie się bez powodu lub brak rozruchu systemu operacyjnego i czekać na cud, że samo się jakoś ułoży. W drugim, mogłem przełamać swoją niechęć do informatyki, a przez to nauczyć się panowania nad sprzętem i  poprawić jego działanie.

Owszem, przyglądałem się wcześniej, jak wgrywa się Windows XP. Czytałem i oglądałem, jak to robi się z Windowsem 7. Jednak zdajesz sobie zapewne sprawę, że to zupełnie coś innego gapić się, jak robi to fachowiec, a co innego zmierzyć się z czymś takim samemu.

Gdy masz „pusty” komputer, możesz sobie pozwolić na eksperymenty. Ja jednak martwiłem się, że przez brak doświadczenia mogę mogę stracić wiele cennych danych zgromadzonych przez lata. Wiedziałem, że trzeba zrobić kopię zasobów laptopa. Czy jednak wykonam to prawidłowo? Czy wszystkie kopie zapasowe zapiszą się poprawnie?  Czy właściwie dobiorę sterowniki? Czy spisałem wszystkie hasła, licencje i nazwy programów?

Obawy, obawy, obawy. Słuszne czy nie, lecz były. Mimo to trzeba było im stawić czoła i przejść do działań.

Ostatecznie okazało się, że mój lęk był uzasadniony. Nie udało mi się uniknąć kilku wpadek. Rady, aby o nic się nie martwić, bo system Windows 7 wszystko sobie sam wygrzebie z Internetu, nie do końca są prawdziwe.

Trochę plików i programów straciłem, długo laptop nie miał dźwięku, DVD odtwarza się kiepsko, a filmiki się zacinają. Wiele dni zajęło mi przywrócenie laptopa do stanu, żeby działał lepiej niż na Windows XP. Ostatecznie tak się stało. Teraz coraz bardziej zaprzyjaźniam się z Windows 7.

Powstaje pytanie: Czy warto było to robić? Jestem przekonany, że tak. Świadczy o tym podany niżej przypadek.

Był taki moment, że po wielu dniach zdecydowałem się ponownie wgrać system Windows 7, bo prawdopodobnie przez nieuwagę wykasowałem lub nie umiałem odtworzyć niektórych plików systemowych. Gdy drugi raz instalowałem program operacyjny wydało mi się to dosyć proste (sic!).

Tak więc za każdym razem w tym co robisz, stajesz się lepszy. Ostatecznie większość utraconych plików pozwolił mi odzyskać płatny program RecoverMyFiles.

Jak widzisz, wnioski nasuwają się same. Po pierwsze, gdy się czegoś obawiasz, to się spełni, jak w moim przypadku problemy z plikami i sterownikami dźwięku. Po drugie, warto dobrze przygotować się. Gdybym nie zrobił dobrych kopii, byłbym całkiem przegrany. Po trzecie, okazało się, że głównym winowajcą problemów z laptopem nie był system, lecz zewnętrzny zasilacz!!! Po czwarte, odczuwasz niesamowitą satysfakcję, gdy czegoś nowego się nauczyłeś i pokonałeś przeszkody, w tym przypadku informatyczne.

Pozdrawiam systemowo,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl

 

 

Pasjonaci za granicą

Czerwiec 30th, 2016

Drogi Czytelniku,
pisałem poprzednio o pasji śpiewania i komponowania Joanny Mioduchowskiej. A dziś możesz przeczytać o innych pasjonatach, których spotkałem za granicą. Ba, dzięki umiejętnościom fotograficznym i uprzejmości pani Magdy Król, która mi nadesłała zdjęcia, możesz ich zobaczyć w fotorelacji. Zdarzenie miało miejsce w stolicy Łotwy Rydze.

Wybrałem się tam na początku czerwca 2016 r. Wtedy odbywała się w hali widowiskowo-sportowej trzydniowa konferencja, gdzie występowali świetni mówcy o międzynarodowej renomie. Niestety, nie znasz ich, więc wymienienie imion i nazwisk nic Ci nie powie. Dla mnie to był bardzo ważny wyjazd, bo jak wiesz, wiążę z przemawianiem wielkie nadzieje, edukując się w tym celu również w Toastmasters.

Jednak w Rydze miałem jeszcze jeden cel do spełnienia. Chciałem podarować swoją książkę Przywilej wyboru bibliotece Ryskiej Średniej Szkoły Polskiej im. Ity Kozakiewicz. Jadąc tam miałem duże obawy, czy w sobotę 4.06.2016 r. ta placówka będzie otwarta. Tymczasem trafiła mi się miła niespodzianka. Akurat wtedy występował w niej Chór Męski ARION ze Świdnika.

Chór Męski ARION-1
Jeśli cokolwiek interesujesz się muzyką, od razu rozumiesz, jakim ewenementem jest zgromadzenie w jednym miejscu tylu męskich głosów. Zazwyczaj gdy trafi się w chórze 1/3 panów, już jest to świetny wynik. A tu mamy do czynienia ze 100-procentowym męskim zespołem. Pikanterii dodaje fakt, że jak widać na zdjęciu, jego dyrygentką jest kobieta – Magdalena Celińska. Brawo dla Świdnika, który jest zagłębiem chóralnym w Polsce.

Chór Szkoły w Rydze-1
W rewanżu gospodarze wystawili swój własny chór „szkolny” – że tak powiem. W nim proporcje są przechylone w drugą stronę. Chór ma tylko jednego męskiego „rodzynka”. Niemniej zespół udanie krzewi polskie i regionalne pieśni.

Chóry w Rydze-1
Na zakończenie oba chóry zaśpiewały wspólnie Rotę. To było przepiękne podsumowanie ich występów.

Można bowiem dużo mówić i pisać o patriotyzmie. Ba, w przypadku polityków nawet licytować się, kto bardziej pracuje dla kraju (załatwiając przy okazji interesy partyjne – przyp. JK). A jednak żeby zrozumieć, co to znaczy kochać swoją Ojczyznę i być gotowym do poświęceń dla niej, trzeba znaleźć się choć chwilę na obczyźnie i wsłuchać się ze zrozumieniem w słowa:

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!
Nie damy pogrześć mowy.
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep Piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Do krwi ostatniej kropli z żył
Bronić będziemy ducha,
Aż się rozpadnie w proch i w pył
Sowiecka (w oryginale było inaczej – przyp. JK) zawierucha.

Twierdzą nam będzie każdy próg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
Ni dzieci nam germanił,
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.

Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

Andrzej Wiśnioch-1
Jeszcze tylko wymiana wizytówek z prezesem chóru ARION, panem redaktorem Andrzejem Wiśniochem. Jestem przekonany, że to początek długiej znajomości. Śmieję się, bo tyle razy byłem w Świdniku i dopiero za granicą mogłem spotkać takich pasjonatów jak pan Andrzej i inni członkowie wspomnianych dwóch chórów.

A Ty, czy już wytropiłeś swoją pasję?

Pozdrawiam patriotycznie,
Jerzy
www.poznajswojetalenty.pl
www.jekos.pl