Toastmasters Leaders

30 kwietnia 2012

Drogi Czytelniku,
właśnie minęła pierwsza rocznica działalności naszego klubu Toastmasters Leaders. Powstał on 20.04.2011 r. z inicjatywy niestrudzonego inspiratora i jednocześnie naszego umiłowanego prezesa klubu Grzegorza Turniaka. Pretekstem były urodziny Artura Sójki, które przypadają akurat na ten dzień kwietnia.

Przez ten czas przewinęło się przez nasz klub grubo ponad sto osób. Ponad pięćdziesiąt zostało jego członkiniami i członkami przynajmniej przez pół roku. Wyłoniło się co najmniej kilkanaście fantastycznych mówców. Tak na marginesie, staramy się w Toastmasters Leaders używać form żeńskich, lecz mimo to słowo mówczyń w poprzednim zdaniu jakoś mi nie pasuje. Pozostanę więc tylko ogólnie przy mówcach mając na względzie również płeć piękną.

Możesz się zastanawiać, skąd tylu ludzi interesuje się naszym klubem. Sprawa wydaje mi się prosta: wiele osób chce doskonalić swoje umiejętności w komunikowaniu się. Na pewno odgrywa też rolę konieczność publicznego przemawiania na posiedzeniach w firmie, przy prezentacjach biznesowych, czy wszędzie tam, gdzie wypada zabrać głos.

Pierwszy klub Toastmasters powstał w 1924 r. w Stanach Zjednoczonych, więc idea liczy już prawie dziewięćdziesiąt lat. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby zainteresowało się nią jeszcze więcej osób. Gdy już wiesz, jakie są zasady używania głosu i wyrażania myśli, szlag Cie trafia, gdy słyszysz wokół tyle błędów. Niestety, również nagminnie w radiu i telewizji, które powinny stanowić wzorzec posługiwania się językiem.

Jest wiele innych metod, aby nauczyć się prawidłowo przemawiać. Są przecież kursy – i to za ciężkie pieniądze – nauki publicznego przemawiania. Jednak umiejętność przemawiania to żmudny proces trwający latami. Trudno ją posiąść przez weekend, a rezultaty są opłakane. Dlatego zupełnie inaczej wygląda edukacja w Toastmasters Leaders. Cotygodniowe spotkania klubu dają możliwość regularnego podnoszenia umiejętności i utrwalanie nowych nawyków.

Tym razem mam dla Ciebie niespodziankę wizualną. Dzięki Anecie Kicman, specjalizującej się w fotografii ślubnej i prywatnej, możesz zobaczyć kilka ujęć z naszej rocznicowej imprezy w yerbaciarni Terere. A skoro rocznica, więc musi być jubileuszowy tort i uroczyste gaszenie świeczki.

Pierwszorocznicową uroczystość zaszczyciła swoją obecnością Milena Paluchowska, znakomita mówczyni (Ha, jednak można dać formę żeńską) i nowa gubernator (Ha, jednak nie wypada dać formy żeńskiej gubernatorka) naszego okręgu ciągnącego się od Wschodnich Niemiec.

Też miałem swoje pięć minut i wygłosiłem mowę okolicznościową z okazji 20 kwietnia.

Pomyśleć, że cztery lata temu byłem po raz pierwszy i ostatni na spotkaniu w jednym z warszawskich klubów Toastmasters. Od razu zrezygnowałem, bo wydawało mi się, że jestem zbyt kiepski, aby nauczyć się przemawiać. A teraz proszę, lepiej czy gorzej, ale występuję.

Może i Ty się wahasz, bo tak jak ja wtedy nie wierzysz w siebie. Z własnego doświadczenia wiem, że warto przełamać własne opory i skorzystać z wieloletnich doświadczeń Toastmasters. Dosłownie na tacy masz podane wskazówki, co masz robić i krok po kroku stajesz się coraz lepszym mówcą. W obecnych czasach to niezwykle potrzebna umiejętność. Choćby po to, aby złożyć życzenia swojemu prezesowi, jak mnie było dane to zrobić naszemu w imieniu klubowiczów.

Jubileuszową uroczystość zakończyło wręczenie dyplomów Zarządowi Klubu. Na zdjęciu od lewej: Paweł Bronikowski (główny organizator rocznicy), Artur Sójka (wiceprezes ds. członkowskich), Grzegorz Turniak (prezes), Jerzy Gzula (wiceprezes ds. edukacji).

Zachęcam Cię gorąco, abyś sam sprawdził ideę Toastmasters i zajrzał w którąś środę wieczorem do Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, gdzie mamy swoje zajęcia. Zawsze spotkasz tam wiele ciekawych osób, również Anetę Kicman, które chcą podnieść swoje umiejętności w zakresie komunikacji międzyludzkiej i ot tak po ludzku pogadać.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam,
Jerzy
www.jekos.pl

Osobisty audyt wewnętrzny

31 marca 2012

Drogi Czytelniku,
wracałem w tym tygodniu „expresem” Inter City z Wrocławia. W rzeczy samej, specjalnie użyłem cudzysłowu, bo można się załamać, gdy pociąg tej klasy cenowej za bilet potrzebuje prawie sześciu godzin na przebycie drogi z Wrocławia do Warszawy. Fakt, nadkłada ponad sto kilometrów w stosunku do najkrótszej trasy przez Łódź, bo jedzie przez Katowice (sic!).

To nie jedyna przyczyna. W niektórych miejscach stan torowisk jest tak katastrofalny, że prędkość pociągu expresowego wynosi zaledwie kilkanaście kilometrów na godzinę. W wielu wagonach są teraz elektroniczne wyświetlacze, więc takie kompromitujące odczyty są dostępne dla pasażerów.

Jako obywatel tego kraju i jednocześnie inżynier dziwię się snom o potędze naszych decydentów kolejowych, którzy chcą wydawać miliardy złotych na superszybkie pociągi klasy Pendolino. Przecież z ekonomicznego i technicznego punktu widzenia to absurd! Zamiast tego należy wpierw udrożnić „wąskie gardła kolejowe” do prędkości podróżnej minimum sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, niż bajdurzyć o pociągach jeżdżących dwa razy szybciej. Tak przy okazji, czy zdajesz sobie sprawę, jaka jest w Polsce średnia prędkość podróżna pociągów towarowych? Nie zgadniesz. Tylko 26 km/h!

Ponieważ jednak w każdej sytuacji usiłuję doszukać się jakiegoś pozytywnego aspektu sprawy, znalazłem go również w podróży z Wrocławia: jest więcej czasu na pogawędki z podróżnymi. Okazało się, że siedząca naprzeciwko mnie pani Marzena jest członkiem zarządu Stowarzyszenia Audytorów Wewnętrznych IIA Polska. Bardzo ciekawie opowiadała mi o swoim podejściu do audytu wewnętrznego.

Pewnie audyt kojarzy Ci się z prześwietleniem firmy bądź organizacji pod względem finansowym i prawidłowości w księgach rachunkowych. Tyle tylko że wbrew pozorom nawet najlepiej prowadzone księgi wcale nie świadczą o prawidłowym rozwoju firmy. One nie uwzględniają tak ważnych aspektów biznesowych jak procesy zarządzania, ład organizacyjny czy ryzyko prowadzonej działalności. Bez nich trudno ocenić, czy dany byt gospodarczy rokuje wzrost przychodów, zysku, zdolności produkcyjnej, wydajności, efektywności lub innych oczekiwanych parametrów.

Rozmowa z panią Marzeną uświadomiła mi, że audytu wewnętrznego potrzebują nie tylko różne twory organizacyjne, lecz także – a może nawet przede wszystkim – każdy z nas. Dziwię się, że nigdy wcześniej na to nie wpadłem i dlatego od razu Ci o tym mówię, bo to niezwykle istotna sprawa. Przecież to, co tak dobrze sprawdza się w badaniu organizacji, siłą rzeczy musi być korzystne również dla Ciebie.

Czyż co jakiś czas – powiedzmy co rok, co dwa – nie powinieneś zastanowić się nad tym, jak działasz jako ojciec czy matka, mąż czy żona, właściciel firmy, szef czy pracownik, sprawdzić swoją sytuację finansową, rozliczyć się z podjętych zobowiązań, pomyśleć, kogo warto poznać, zdecydować, jakie sprawy delegować, aby mieć więcej czasu oraz nad innymi kwestiami, które z punktu widzenia Twoich interesów są ważne?

Zauważ, ile wartościowych informacji o własnym życiu może Ci dać taki osobisty audyt wewnętrzny. Warto rozpracować dla siebie koncepcję formularza, który by zawierał ocenę tych elementów Twojego życia, które poddajesz własnej kontroli. Dzięki temu będziesz miał większą pewność, że jesteś – lub czasami nie – na właściwej drodze do swojego sukcesu.

Widać, że hasło Podróże kształcą ma wciąż rację bytu.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Inżynieria życia

29 lutego 2012

Drogi Czytelniku,
trafiłem niedawno na ciekawy cytat współczesnego pisarza amerykańskiego Jonathana Kozola, który daje taką radę: „Wybieraj bitwy wystarczająco duże, by miały znaczenie i wystarczająco małe, by dało się je wygrać„.

Przez jakieś pięćdziesiąt lat liczonych od chwili, gdy jako dziecko zacząłem kojarzyć otaczający świat, nie wiedziałem, że tą tak ważną bitwą jest walka o lepsze życie. Dowiedziałem się o tym dopiero jakieś cztery lata temu. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, jak mogłem przez tak długi czas – pół wieku – żyć zupełnie nieświadomy faktu, że mogę w sposób decydujący wpływać na swoje życie.

Byłem święcie przekonany, że ono w decydującej mierze zależy od czynników zewnętrznych, całkowicie niezależnych ode mnie, takich jak ustrój Polski, zasobność (czy raczej brak zasobności!) rodziców, rządząca partia, dyrektor zatrudniającej mnie firmy itp., a nie jest wynikiem moich dobrych i złych decyzji.

Trudno mi wyrokować, jak jest w Twoim przypadku, ale jeśli chodzi o mnie, ogromnie się cieszę, że wreszcie – niewątpliwie w drugiej części mojego życia- dotarła do mnie informacja, jak wielki wpływ mam na kreowanie własnej przyszłości. I co więcej, byłem gotów tę ideę przyjąć!

Gdy teraz analizuję, jaka była przyczyna odpychania od siebie odpowiedzialności za własny byt, coraz bardziej przekonuję się, że był to efekt mojego poczucia niskiej wartości. Tak, tak, jestem już wystarczająco stary i niezależny, że mogę sobie pozwolić na takie wyznanie.

W sumie to nawet wygodna sytuacja z takim podejściem do życia. Przecież to ONI są winni, że mi słabo idzie, a nie JA. To ONI mają wiedzieć, co mam w życiu robić. To ONI powinni zapewnić mi dobre wykształcenie dostosowane do wymagań rynkowych. To ONI odpowiadają za uzyskanie przeze mnie dobrej pracy. To ONI odpowiadają za trwałość mojej rodziny. To ONI………… Za co są ONI jeszcze winni?

Trudno mi zarzucić, że byłem całkowitym nieudacznikiem. Nieświadomie walczyłem o swoją przyszłość i często moje decyzje były podejmowane wbrew cudzym poglądom. Dzięki temu zdobyłem wykształcenie, zbudowałem dom, przepracowałem 30 lat w zawodzie inżyniera. A jednak dziecięce marzenia, aby zostać mikrobiologiem zostały gdzieś pogrzebane. Dałem sobie wmówić, że to zajęcie dla innych, a ja jestem zbyt słaby z biologii.

Dopiero w ostatnich latach dotarło do mnie, że jedynie słuszna postawa życiowa to wzięcie pełnej, stuprocentowej odpowiedzialności za to, jak ma wyglądać moje własne życie. Zrozumiałem, że tak jak projektowałem i budowałem instalacje chemiczne, bo przecież moim światem była inżynieria chemiczna, tak samo mogę konstruować swoje życie. Dosłownie! Stąd w poprzednim zdaniu brak cudzysłowu przy słowie konstruować.

Z dużą radością mogę stwierdzić, że stałem się prekursorem nowego znaczenia pojęcia „inżynieria życia”. Do tej pory występowało ono dość nieśmiało w biotechnologii i dotyczyło mikroorganizmów. Skoro one potrafią wyczyniać cuda i tworzyć nieznane do tej pory produkty, to co stoi na przeszkodzie, abyś Ty jako MAKROorganizm też w pełni wykorzystał swój potencjał. Inaczej mówiąc, zbudował życie wg zasad obowiązujących w przyrodzie.

Inżynieria życia zastosowana na co dzień to nowe pojęcie, więc dla lepszego zrozumienia opiszę je jeszcze dokładniej następnym razem. Jestem pewien, że dzięki niej Twoje życie stanie się bardziej wartościowe. Odnajdziesz się w miejscu pracy, staniesz się lepszym menedżerem, zwiększysz wydajność pracowników, dogadasz się z dorastającymi dziećmi, poprawisz relacje w związku. Mało?

Przede wszystkim zastosowanie inżynierii życia – zbioru zasad życiowych – pozwoli Ci wygrywać ze sobą? Znam ludzi, którzy daliby wszystko, aby stoczyć taką zwycięską bitwę i zmienić poczucie własnej wartości. Dzięki temu udałoby się im wykreować lepszy obraz siebie. Uważają, że w ten sposób odniosą jeden z największych swoich sukcesów życiowych. Całkowicie zgadzam się z tą tezą.

Poczucie własnej wartości to naprawdę niezwykle istotne zagadnienie.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Paliwowe oszczędności

31 stycznia 2012

Drogi Czytelniku,
jestem już wystarczająco dorosły, więc pamiętam czasy socjalizmu w Polsce. Wtedy to jeden z naszych „przywódców”, a konkretnie (zaraz będzie skrót słowa towarzysz) tow. Pierwszy Sekretarz Wiesław Gomółka na skargi, że na rynku brakuje cytryn, radził używać kiszoną kapustę, bo ma więcej witaminy C. W rzeczy samej, rada może i dobra, tylko że kapuściane farfocle zamiast plasterka cytryny kiepsko wyglądają w szklance herbaty.

Przypomniała mi się ta historia, gdy wczoraj wicepremier Waldemar Pawlak na zarzuty o wysokiej cenie paliw zaproponował jeździć środkami komunikacji miejskiej. Pięknie!

Jak to się dzieje, że gdy człowiek jest przedstawicielem władzy, staje się tak arogancki? Uważam, że są tego dwie główne przyczyny, o których piszę poniżej.

Po pierwsze, do władzy trzeba dorosnąć. W starożytnych założeniach władza to była służba. Niestety, nawet wtedy różnie bywało z pełnieniem jej w praktyce. Cóż, słabe jednostki władza kusi, bo dzięki niej mogą łatwo pokazać, jak są ważni. Zapominają jednakże, że mądrość nie wynika z zajmowanego stanowiska, lecz własnego rozwoju osobowego. Na dodatek zgromadzone wokół „władcy” grono klakierów utwierdza go w tym, że jest wielki i niezastąpiony na danym stanowisku.

Tak samo, niestety, często jest w rodzinie. Wydaje się nam rodzicom, że zawsze jesteśmy mądrzejsi od swoich dzieci z racji większej liczby przeżytych lat. W rzeczywistości tak jest tylko w pierwszych latach życia dziecka. Potem jego wiedzy na wiele tematów nie dorównujemy!

Po drugie, władza zawsze daje złudne poczucie siły i realnie ją ma! W rezultacie ludzie ją sprawujący w końcu zapominają, czemu ona ma służyć. I wtedy właśnie występuje zjawisko arogancji władzy. Jej przedstawicielom wydaje się, że wcale nie muszą liczyć się ze zdaniem innych środowisk, czyli swoich „poddanych”, bo przecież z samej racji pełnienia władzy wiedzą lepiej, co jest dobre np. dla struktur państwa. Co gorsza, interesy państwa jako tworu biurokratycznego stają się wtedy dużo ważniejsze niż dobro obywateli.

Z największą przykrością trzeba przyznać, że tak samo często postępujemy w naszych rodzinach. Względem najbliższych łatwo pokazać, kto tu rządzi. Szczególnie, gdy nie masz racji! Najczęściej nas to jednak nie razi. Dostrzegamy łatwiej winę u kogoś innego.

Świetnie pazerność władzy ilustruje pojęcie „mit zbitej szyby”. Gdy jako dzieciak oglądałem film Charlie Chaplina „Brzdąc”, wtedy nie znałem tego określenia. Chodzi w nim o to, że jakoby nie ma nic złego w tym, że chuligan wybije komuś szybę. Przecież dzięki temu czynowi rodzi się popyt na usługi, bo trzeba szybę wstawić, a ponadto ktoś musi ją wyprodukować, ktoś inny dostarczyć, ktoś zrobić narzędzia do jej obróbki i obsadzenia. Jednym słowem, jeden kamień wprawiony w ruch uruchamia całą lawinę działań rynkowych. Czyż nie jest pięknie?

Otóż jedynie słuszna odpowiedź brzmi: NIE!!! Przecież cały wysiłek można byłoby spożytkować na inne, najczęściej lepsze cele niż naprawa wybitego okna.

Niestety, z największą przykrością obserwuję, jak nasi współcześni przedstawiciele władzy – czy to domowej, czy to państwowej – zachowują się jak chuligani. Stymulują działania, w rezultacie których mamy coraz mniej możliwości decydowania o swoich wydatkach. Zamiast np. przeznaczyć część pieniędzy na sprawy rodzinne: bilety do kina czy teatru, edukacyjną zabawkę dla dziecka, ciekawą książkę czy dodatkową edukację, trzeba je wydać na stacji benzynowej, bo ceny paliw rosną nieprzyzwoicie, m.in. za sprawą obciążeń podatkowych. To z kolei przyczynia się do większej inflacji, która jest zabójcza dla siły nabywczej naszych pieniędzy.

Co prawda w Internecie pojawiały się propozycje bojkotowania stacji benzynowych określonych koncernów. Były też spontaniczne akcje powolnych przejazdów po wybranych ulicach i drogach całych kolumn samochodowych czy tankowania „po litrze”. Niemniej uzyskany rezultat był raczej mocno opłakany, bo rząd ani myśli zmniejszyć obciążenia podatkowe dla paliw, a koncerny paliwowe odrzucają obniżenie swoich marż. Klasyczny pat, w którym po kieszeni dostajemy tylko my, konsumenci.

Jestem przeciwnikiem takich medialnie spektakularnych akcji, które w rzeczywistości biją w osoby przypadkowe, jak właściciele stacji czy osoby spieszące się do domu lub na spotkanie. Natomiast główni sprawcy, a więc gracze giełdowi (oni wbrew pozorom mają obecnie duży wpływ na poziom cen surowców!), wspomniane powyżej koncerny paliwowe czy fiskus zupełnie nie odczuwają takich protestów.

Jestem jednak pewien, że mamy oręż w ręku. Jest nim postęp technologiczny, który pozwoli na paliwowe oszczędności. Nawet jeśli będą one niewielkie i wyniosą tylko kilka procent, to warto je uzyskać. Badam teraz na własnym samochodzie jedną z koncepcji i za parę tygodni z pewnością opiszę Ci rezultaty. Wierzę, że korzystne!

Ostatnie dni pokazały, że jako społeczeństwo możemy prowadzić negocjacje z rządem tylko z pozycji siły. Tak jak internauci w sprawie ACTA. I może dopiero wtedy, gdy w skali kraju paliwowe oszczędności dadzą efekt w postaci mniejszych zakupów na stacjach benzynowych, zacznie się walka o nas: obywateli i klientów.

PS. Parę miesięcy temu prof. Andrzej Blikle przesłał mi link do filmiku na YouTube, który znakomicie przedstawia „mit zbitej szyby„. Może dzięki niemu jeszcze lepiej zrozumiesz to istotne zagadnienie.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Refleksje noworoczne 2012

31 grudnia 2011

Drogi Czytelniku,
trudno mi powiedzieć, jak jest w Twoim przypadku, lecz ja zupełnie inaczej wyobrażałem sobie 31 grudnia 2011 r., gdy 5 lat wcześniej zdecydowałem się porzucić definitywnie swój byt pracownika etatowego. Do dziś w Internecie zostały „odpryski” tamtych postanowień. Co tu dużo mówić, byłem pewien, że do tego czasu osiągnę znacznie więcej sukcesów. Niestety, życie dosyć mocno zweryfikowało moje zamierzenia.

A z drugiej strony, nabierałem coraz więcej przekonania, że muszę weryfikować swoje wcześniejsze cele i działania, bo nowa wiedza, nowe umiejętności, nowo poznani ludzie i większe doświadczenie rodziły nowe przemyślenia. To pod ich wpływem zacząłem o wiele bardziej wnikliwie patrzeć na zachowanie ludzi i rozumieć ich często absurdalne posunięcia wynikające z niewiedzy, niskiego poczucia wartości, chęci działania w pojedynkę czy konieczność zaspokajania nadmiernego ego.

Czy zatem ponownie wybrałbym się w podróż w „nieznane”, czyli obszary działalności, które wcześniej były mi zupełnie obce? Śmiem twierdzić, że TAK, bo jednak mimo wielu ciosów i porażek – może lepiej użyć określenia NAUK – ostatnie lata były dla mnie niezwykle pouczającym okresem życia i czasem wspaniałego rozwoju. Stałem się jeszcze lepszym, bardziej wyrozumiałym człowiekiem i przede wszystkim osobą, która paru ludziom pomogła.

Mam teraz zupełnie inną wiedzę o sobie i otaczającym świecie oraz możliwościach, które są udziałem innych ludzi, więc z nowymi siłami, doświadczeniem i wyzwaniami wchodzę w kolejny etap swojego życia.

Paradoksalnie początkowo na nowej dla mnie drodze życia myślałem o odniesieniu osobistych sukcesów, w tym głównie finansowych. W ostatnim okresie o wiele ważniejsze są dla mnie  działania w kierunku inspiracji i wspierania innych ludzi. Można rzec, zależy mi bardziej na odciśnięciu swojego piętna na cudzej historii, na życiu kogoś innego niż tylko doraźnym osobistym sukcesie. Trochę się obawiam, że jest to przegięcie w druga stronę. Sadzę, że obecny Nowy Rok zweryfikuje, jaka tu należy zachować równowagę.

Zrozumiałem na własnej skórze, czym jest branie pełnej odpowiedzialności za własne życie. To dzięki temu przestałem narzekać i obwiniać innych, że coś mi się nie udało, coś nie wyszło, ktoś mnie zawiódł. Owszem, nawet jeśli takie zdarzenia mają miejsce – niestety! – wiem, że to ja coś spartoliłem wcześniej i dlatego mam taki a nie innym wynik. Przecież nie ktoś inny tylko JA podjąłem wcześniej błędną decyzję bądź postawiłem na znajomość lub interesy z niewłaściwymi ludźmi.

Jednocześnie przekonałem się, jaką wartością i świetnym polem doświadczalnym jest własna rodzina. To tutaj możesz tracić swoją energię lub – jak w moim przypadku – czerpać siły i inspiracje do lepszych działań. To w tym gronie najlepiej sprawdzisz, jakie są Twoje najgłębsze wartości i jak możesz być im wierny.

Co więcej, mijający rok dostarczył mi dowodów, że Twoje dokonania w rodzinie znakomicie obrazują, jakim w gruncie rzeczy jesteś szefem bądź właścicielem firmy, członkiem zespołu bądź podwładnym, czym się kierujesz w życiu, co jest dla Ciebie ważne, jak się zachowujesz w chwilach słabości, na ile umiesz przewodzić tym, którzy Ci ufają lub zaufać powinni, gdy okiełznasz swoje ego.

To w rodzinie masz ogromne szanse nauczyć się cierpliwości, pokory i wyrozumiałości wobec zdania innych oraz działania długofalowego. Śmiem twierdzić, że gdy umiesz sobie dobrze ułożyć życie rodzinne, sprostasz również KAŻDEMU zadaniu biznesowemu. Jeśli masz inne zdanie na ten temat, sprawdź osobiście, że właśnie tak jest. Utwierdzisz się tylko, że to ja mam rację.

Poza tym dbaj o siebie. Przyciągaj i wybieraj dobre emocje, szanuj zdrowie ćwicząc umysł i ciało, walcz o godziwe wynagrodzenie, zawsze pamiętaj o realizacji swoich marzeń. Po prostu, bądź wzorem dla innych.

To już wiem ponad wszystko: nikt nie słucha naszego gadania. Ludzie patrzą na nasze czyny i dokonania. Chciałbym Ci za jakiś czas opowiedzieć, jak spisuje się nowa strategia działania, jak zrealizowałem swoje nowe cele, na jakie nieprzewidziane trudności trafiłem, jak je pokonałem, co mi to dało i co z tego wynika dla Ciebie.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Siła małżeństwa

30 listopada 2011

Drogi Czytelniku,
z największą przykrością słuchałem niedawno w telewizji wypowiedzi jednej z celebrytek, gdy deklarowała, że gdy jej małżeństwo rozpada się, to zaraz zawiera następne. Jakoby to miało być jej patentem na szczęśliwe życie we dwoje.  Być może jest tak w jej przypadku, jednak osobiście byłbym bardzo ostrożny w formułowaniu takich tez. Ba, wręcz głoszę przeciwne!

Moim zdaniem wszystko zaczyna się na etapie oczekiwań, co dane małżeństwo ma spełnić. Jeśli ma to być tylko kulturowy układ dwóch niezależnych bytów, to trudno w nim doszukać się stabilnych elementów. Co prawda mimo ich braku zdarzają się przypadki trwałości, bo np. obie strony uważają, że z różnych powodów wypada być razem.

Co zrobić, żeby mieć prawie stuprocentową pewność trwałego związku małżeńskiego? Teoretycznie rozwiązanie jest proste: trzeba znaleźć odpowiednich kandydatów. A jak się to zalecenie przekłada na praktykę? Cóż, za udane małżeństwo – podobnie jak za każdy sukces – trzeba zapłacić cenę. Niestety, oczekujemy „rezultatów” za darmo.

A co jest największym elementem tej ceny? Moim zdaniem zrozumienie na czym polega trwała więź między mężem i żoną oraz czym ona jest. Więź jest kwintesencją małżeństwa!

Cały problem polega na tym, że jak każde „połączenie” wymaga ona wzmacniania i konserwacji. Przypomnij sobie, czy w nawale obowiązków zawodowych o tym pamiętasz? A może nawet nie jesteś tego faktu świadomy? Może tak jesteś zajęty swoimi problemami, że trudno Ci zauważyć samotność żony? Czy przyszło Ci na myśl, że mimo obecności w domu ona czuje się coraz bardziej niedoceniona, pozbawiona kontaktu z Twoim światem i znajomymi, tak jakby odłączona z Twojego życia. Jednym słowem zbędna! To rodzi u niej uzasadnioną frustrację.

Co gorsza, może tak Cię kochać, że Ci tego w oczy nie powie, bo nie chce Cię odrywać od Twoich zajęć ani denerwować. Co z tego, że jesteście wobec siebie lojalni, wierni, wychowujecie wspólnie dzieci, dzielicie się lepiej lub gorzej innymi obowiązkami, gdy więź między wami słabnie, a Ty jesteś na to ślepy. Przecież żona też ma prawo żywić głębokie pragnienie robić coś znaczącego w życiu, poczuć pełnię swojej wyjątkowości, aby liczyli się z ni inni. Ty też!

Jeśli powyższych słów nie rozumiesz, oznacza to, że dla Ciebie żona nie jest wartością samą w sobie. To może być duży błąd.

Zauważ, że małżeństwo to doskonały poligon doświadczalny uczenia się, jak współpracować z ochotnikami, którzy z punktu widzenia zarządzania są najbardziej wydajnymi „pracownikami”. Gdy posiądziesz takie umiejętności, będziesz umiał stworzyć taką kulturę działania każdej organizacji, że będzie ona osiągać najlepsze wyniki rok w rok.

Z jakich powodów małżeństwo ma Ci dać taką siłę? Bo tak naprawdę tylko w tym typie związku możesz zrozumieć, czym jest Twoja spójność wewnętrzna i dlaczego tak trudno dotrzymać obietnic złożonych sobie i innym, gdy wokół tyle pokus. Jeśli zaś skupisz się na swoim ego , zamiast posłuchać żony, w ostatecznym rozrachunku prawdopodobnie zniweczysz swoje wszystkie działania, bo wykorzystujesz tylko część swoich możliwości i nie zapewniasz podwładnym odpowiednich warunków lub środków.

Tymczasem pracując na swoje dobre małżeństwo i dążąc do coraz lepszej więzi z żoną, rozwijasz niezwykle istotne przymioty do Twojego osobistego sukcesu. Rośnie w Tobie poczucie uczciwości i sprawiedliwości, z coraz większą łatwością dostrzegasz, co jest słuszne, a co nie, widzisz, co służy ludziom, a co im szkodzi, odróżniasz prawdę i kłamstwo, czyli dobro od zła.

Dzięki spójności wewnętrznej masz też inne korzyści, jak wspaniałe relacje z innymi ludźmi, brak zaburzeń zdrowia psychicznego, no i przede wszystkim jesteś coraz bardziej skuteczny w realizowaniu życiowych celów.

Jeśli potem taką wiedzę wcielisz w życie, poradzisz sobie z każdym wyzwaniem i problemem w dowolnej organizacji, a otoczenie uzna Cię za wybitnego eksperta mającego wewnętrzną siłę i moralny autorytet, a nie tylko stanowisko.

Jak widzisz, małżeństwo może być dla Ciebie porażką lub szczęśliwym darem losu. W tym drugim przypadku poznasz, na czym polega jego siła!

PS. Relacje są bardzo ważne nie tylko w rodzinie. Zajrzyj okiem kamery na krótkie sprawozdanie filmowe z konferencji „Biznes to relacje„. Jeśli się dobrze przyjrzysz, to na paru ujęciach ja też migam w kadrze.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Top management w rodzinie

28 października 2011

Drogi Czytelniku,
uczestniczyłem wczoraj 27.10.2011 r. w II Konferencji dla Liderów Biznesu „Sukces w Pracy=Sukces w Rodzinie?”. Organizatorkami były panie Zofia Dzik i Jolanta Jakóbczyk, o których już pisałem. Tematami wiodącymi konferencji były zagadnienia niskiego kapitału społecznego i kryzysu rodziny w świetle społecznej odpowiedzialności biznesu.

Jednym z ważnych wątków były refleksje Pawła Smolenia, Dyrektora Strategii i Rozwoju Grupy Vattenfall Central Europe. Pytał on, jak to się dzieje, że ludzie na kierowniczych stanowiskach w firmach i korporacjach przechodzą dziesiątki różnych szkoleń i umieją sobie radzić jako top management, a za Boga nie potrafią stosować tych samych nauk, gdy wracają do domu.

Z pewnością każdy z nas, w zależności od doświadczenia życiowego, będzie na ten temat miał swoje wyjaśnienia. Moim zdaniem wszystko zaczyna się od ustalenia hierarchii spraw, w tym wypadku małżeństwa. Co dla Ciebie znaczy taki związek? Jaką ma wartość? Pytam o wartości, bo tylko one mogą stanowić motyw, do innych działań niż czynisz obecnie.

Oczywiście łatwo jest zadeklarować, że rodzina jest dla nas ważna. Pokazują to badania prof. Janusza Czapińskiego, który też był gościem konferencji. Z jego raportu „Diagnoza społeczna” wynika, że udany związek cenimy sobie niewiele niżej niż zdrowie. Niestety, to są tylko deklaracje. Łagodnie mówiąc w obu tych dziedzinach prowadzimy tryb życia mocno odbiegający od oświadczeń. To jest trochę tak jak z dodatkowym nakryciem wigilijnym. Badania pokazują, że chociaż talerz z siankiem jest na stole, to wcale nie palimy się, aby wtedy przyjmować niespodziewanych gości, co podnosił ks dr Jarosław Szymczak.

Z przykrością muszę się przyznać, że chociaż nasze małżeństwo było i jest dla mnie bardzo ważne, to jednak kiedyś jeśli były imieniny żony i trzeba było jechać w niespodziewaną delegację, to wybierałem to drugie! Teraz widzę, jaki byłem durny podejmując taką decyzję. Wtedy wydawała mi się ona oczywista: żona jest i będzie, a zadanie do wykonania nie może czekać. Obecnie w takiej sytuacji raczej za każdym razem zrobiłbym inny wybór. Niestety, co było, nie wróci i niesmak z powodu mojego nieodpowiedzialnego zachowania pozostaje w pamięci.

Odnoszę wrażenie, że firmowe kursy i szkolenia traktujemy jako coś, co ma nam służyć tylko jako pracownikom. W rezultacie nie dostrzegamy, że powinniśmy traktować taką edukację jako uczenie się o sobie, o rozwijaniu własnych wszechstronnych możliwości jako istoty ludzkiej a nie tylko pracownika.  Człowieka mającego ciało, umysł, serce i duszę, który przecież ma też do odegrania inne role niż tylko bycie pracownikiem bądź szefem. Choćby w domu, gdzie jest się mężem czy żoną, ojcem czy matką, a najczęściej wciąż synem czy córką – że o koniecznym zaangażowaniu społecznym nie wspomnę.

Jak to się dzieje, że potrafisz spędzić w pracy 12 czy 14 godzin, a nie możesz wygospodarować kilkunastu minut na śniadanie z dzieckiem czy kolację z żoną? Czemu umiesz porozmawiać z członkami Twojego zespołu, żeby mogli lepiej pracować i czuli się dowartościowani, co często jest wręcz rytuałem, a najbliższe sobie osoby traktujesz per noga? Czy odważysz zachowywać się w pracy tak, jak zdarza Ci się to robić w domu? Nawet jeśli jesteś pewien, że TAK, to dla pewności zapytaj swoje dzieci, czy to prawda. Obyś się nie zdziwił!

Wiesz co, mimo że narzekasz, to w pracy masz łatwiej niż w domu, bo tam masz podległość służbowa pracowników, a członkowie rodziny jej nie podlegają. Powiedz sam, czy aby na pewno stworzenie fantastycznej rodziny stanowi dla Ciebie wyzwanie tak fascynujące jak walka o firmę bądź stanowisko? Jesteś pewien, że słowa uznania i podziwu w ustach Twojej żony cenisz bardziej niż standardowe formułki pochwał prezesa? Ciekawe, czy jesteś dumny, gdy żona doceni Twoją robotę, bo może wolisz poklepanie od szefa rady nadzorczej i o nie zabiegasz. Jakie są Twoje oczekiwania na zaszyty w domu?

A gdyby tak potraktować rodzinę, jako specyficzną firmę. Dlaczego masz podchodzić do tego zagadnienia po amatorsku czy hobbystycznie zamiast profesjonalnie biznesowo? Przecież na naszych oczach rodzi się epoka, gdzie decydującym czynnikiem sukcesu na globalnym rynku jest odpowiednio wykorzystana wiedza. To w tym celu dobiera się najwyższej jakości zarządców firm, aby umieli wydobyć z pracowników jak najwięcej efektywności.

Czemu zatem nie miałoby się sprawdzić takie samo podejście w rozwiązywaniu problemów współczesnej rodziny. Owszem, głównym celem firmy jest mieć zysk, co nie musi być najważniejszą sprawą w rodzinie. Możesz jednak dowolnie określić kryteria dla niej, za które sam się rozliczysz. Czemu np. nie mogą to być wspaniałe osiągnięcia w relacjach międzyludzkich?

Jeśli należysz do top managementu w biznesie, masz wystarczające kwalifikacje do tworzenia równie wspaniale działającej rodziny. Najlepiej będącej kuźnią liderów biznesowych i społecznych. Bez nich prędzej czy później  poniesiesz klęskę w życiu zawodowym lub osobistym.

Zatem zastanów się, jak najlepiej możesz wykorzystać swoją wiedzę biznesową i przystąp do działań w rozwijaniu rodziny już dzisiaj. Stań się dla niej najwyższej klasy top managerem.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

Pytaj

30 września 2011

Drogi Czytelniku,
prawdopodobnie nie zdajesz sobie sprawy, jak ważną umiejętnością jest zadawanie pytań. Niedawno zaprzyjaźniona dziewczyna opowiedziała mi, jak jej współpracowniczkę z działu zwolnili z pracy, bo zupełnie opacznie zrozumiała ważne polecenia szefa i w rezultacie firma poniosła duże straty. No tak, w tych czasach stracić pracę w banku – i to w tak głupi sposób – to rzeczywiście przykra okoliczność.

Mówiąc szczerze, uważam  że sam szef też jest współwinny, bo nie upewnił się, czy dziewczyna dobrze zrozumiała jego polecenie. Niestety, to jest druga strona medalu. Wydaje nam się, że jeśli kogoś o coś pytamy, tym samym okazujemy niewiedzę w danym temacie. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Jeśli chcemy poznać czyjeś zdanie i nie boimy się skonfrontować go z naszym, wtedy pytając okazujemy swoją siłę a nie słabość.

Dodatkowo to bardzo ważne, gdy ktoś chce liczyć się z Twoją opinią lub bierze pod uwagę propozycje jakiś rozwiązań problemu technicznego bądź organizacyjnego w firmie. Tak czysto po ludzku, o wiele bliższe są nam nasze pomysły i chętniej je wdrożymy niż nawet najlepsze, ale cudze, bo np. zwierzchnika. Cóż, brakuje z nimi emocjonalnego związku. Przecież po jednej i po drugiej stronie mamy do czynienia z ego, czyli świadomą częścią naszej osobowości. A nasze ego jest najważniejsze, czy to się szefowi podoba czy też nie.

Zauważ, że zadawanie pytań to podstawowy czynnik poznawania jakiegoś problemu czy czegoś innego. Klasycznym przykładem jest tu dziecko dopiero poznające świat. Każdy z nas, rodziców, którzy przeżyli już okres pytań kilkuletniej latorośli wie, jakie to uciążliwe zadanie odpowiadać mu na kolejne wątpliwości. Ileż to razy korci krzyknąć: – Cicho bądź gówniarzu, przecież już ci o tym mówiłem. Niestety, potem z wiekiem tracimy tę przenikliwość, bo wydaje się nam, że już wszystko wiemy.

Dodatkową trudnością pytania kogoś o coś jest fakt, że trzeba potem taką osobę wysłuchać. I to ze zrozumieniem! A dobre słuchanie to naprawdę duża umiejętność. Czy zawsze zadajesz sobie trud, aby zrozumieć tok cudzej wypowiedzi? A może jednak wolisz prawić rady, zamiast posłuchać, czy ktoś w danej sprawie proponuje coś lepszego?

Jeśli tak podchodzisz do kwestii pytań bądź ich nie zadajesz, masz poważny problem, bo to oznacza, że słabo komunikujesz się z innymi ludźmi. A to prędzej czy później przysporzy Ci masę kłopotów, gdy zrozumiesz kogoś nie tak, jak trzeba lub sam nie zostaniesz właściwie zrozumiany.

Zatem pytaj wnikliwie, gdy chcesz, by przekaz informacji był właściwy dla Ciebie i Twojego otoczenia.

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

 

Po co reperować pralkę

31 sierpnia 2011

Drogi Czytelniku,
zapewne zdumiewa Cię dzisiejszy temat naprawy pralki, bo kwestia ta jest dla Ciebie oczywista. Pozwól jednak, że przedstawię Ci swój tok myślenia w tej sprawie. Zauważ, w tytule specjalnie brakuje znaku zapytania, ponieważ to wcale nie jest pytanie, lecz odpowiedź, którą chcę z Tobą przeanalizować.

Tak przy okazji, nasza domowa pralka Electrolux EW1066F rzeczywiście się niedawno zepsuła i to złośliwie w sobotę po południu. Co prawda żona mnie do prania i pralki nie dopuszcza, abym coś nie zepsuł, niemniej, gdy urządzenie stanęło i nie chciało wirować, w końcu mąż okazał się niezbędny.

Oczywiście mógłbym się wypiąć na problem i powiedzieć, że pralka to Twoja sprawa, bo Ty ją używasz, więc sobie ściągnij serwis. Jestem pewien, że byłoby to jednak kiepskie rozwiązanie. Dlaczego?

Po pierwsze, po co zaogniać zdenerwowanie żony. Przecież jest to dla niej ewidentny kłopot.

Po drugie, nadarzyła się znakomita okazja, aby wykazać swoją przydatność.

Po trzecie, jako inżyniera interesowało mnie, co się zepsuło. Ty możesz nie mieć zacięcia technicznego, więc taka awaria jest dla Ciebie mało ciekawa, dlatego w razie czego ten punkt pomiń.

Po czwarte, jaką masz pewność, że Cię serwis nie orżnie, gdy decydujesz się na losowo wybranego mechanika z ogłoszenia.

Po piąte, masz w domu status osoby chronionej, która zajmuje się pralką.

Okazało się, że padła pompa spustowa wody. Konkretnie, uszkodził się na skutek przeciążenia jej silnik. Przyczyną zaś były szlamy i inne osady powstałe z proszku i wymywanego brudu, które odkładały się latami i znacznie ograniczyły prześwit przewodów, nawet w układzie wody obiegowej.

Ich demontaż, udrożnienie i ponowne zamontowanie zajęło mi kilka godzin. Wątpię, aby pracownik serwisu miał czas się tak bawić. Nawet mając większą wprawę ode mnie, zrobiłby to w niewiele w krótszym czasie. Chyba że wymieniłby wszystkie części gumowe i plastikowe na nowe, ale wtedy lepiej już – i chyba taniej – byłoby kupić nową pralkę.

Ostatecznie kosztowało mnie to 40 PLN za nowy silnik pompy i mój czas. Być może Twój czas jest zbyt cenny, żebyś mógł pozwolić sobie na własnoręczną naprawę pralki. Niemniej po mojej naprawie, gdy musiałem wiele elementów rozkręcić i potem skręcić, zdaniem żony pralka nigdy jeszcze tak cicho nie chodziła, ani dobrze nie prała i wirowała.

Owszem, pralka to grubsza sprawa, ale przecież w domu jest wiele innych uciążliwych „drobiazgów”, które wymagają Twojej interwencji. A to zacinające się drzwi, a to urwany zawias w szafce, a to niesprawny komputer, a to brak gwoździa na obrazek, a to rozklejone krzesło itp.

Jaka jest przyczyna, że tego nie robisz?

Pal licho, jeśli sam tych rzeczy nie dostrzegasz. Gorzej, gdy słabo reagujesz na prośby kochanej przez Ciebie osoby i zawsze znajdziesz jakieś wymówki, aby odwlec działania.

I potem z tego rodzą się swary, pretensje, próby zrobienia tego osobiście przez żonę, czasami z opłakanym skutkiem, bądź – co gorsza – korzystanie z pomocy sąsiada.

Jednocześnie u siebie w firmie lub jako menedżer potrafisz w podległym Ci dziale wyegzekwować, żeby sprzęt był najnowszej generacji i wszystko działało. W domu zaś np. stary pecet nie robi na Tobie żadnego wrażenia i to mimo że masz możliwości go wymienić na lepsze urządzenie.

Czyżbyś całą energię zostawiał poza domem? Czyżbyś uważał, że jesteś zbędnym elementem rodziny? Czyżbyś miał aż tak wysokie ego, że nosisz nos do góry i dlatego nie dostrzegasz przyziemnych spraw?

Pytam Cię o to, bo może warto, abyś sprawdził, czy możesz w domowych warunkach działać lepiej. Jestem pewien, że domownicy dostrzega natychmiast Twoje większe zaangażowanie. Może nowa sytuacja i atmosfera na tyle Cię miło zaskoczy, że przewartościujesz trochę swoje priorytety i wprowadzisz nowe elementy do swojego życia rodzinnego i osobistego. Czego Ci niezmiennie życzę!

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl

 

Przedmałżeńskie rozterki

31 lipca 2011

Drogi Czytelniku,
wczoraj na zaproszenie Pana Młodego brałem udział w uroczystościach ślubnych w pięknym, późnogotyckim kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Płońsku. Znam się z Piotrem z zajęć w klubie Toastmasters, więc pojechałem złożyć życzenia jemu i Agnieszce na „nową drogę życia”. Tak przy okazji, jeśli masz do czynienia z wystąpieniami publicznymi lub musisz zabierać głos na spotkaniach w pracy, radzę Ci poznać zasady bycia dobrym mówcą, bo z pewnością przyda Ci się taka umiejętność. Zajrzyj chociaż przez ciekawość do któregoś z klubów Toastmasters w Polsce lub na świecie. Oczywiście najlepiej do naszego polskojęzycznego na Politechnice Warszawskiej.

Jeśli chodzi o ślub, ciekaw jestem, na jakim etapie życia Ty się znajdujesz. A konkretnie, czy jesteś przed czy po zawarciu związku małżeńskiego. No bo jeżeli ślub masz już za sobą, to raczej ten wpis będzie dla Ciebie mało interesujący. Jeśli jednak „nowa droga życia” dopiero przed Tobą lub jesteś na niej, tyle że bez stosownego dokumentu, to może akurat znajdziesz dla siebie parę inspiracji.

Prawdę powiedziawszy masz prawo do niepokoju lub niepewności co do skutków zawarcia małżeństwa. Ostatecznie tych w miarę udanych jest tylko  mniej więcej 20%. Wśród nich zdecydowana mniejszość czuje się w pełni zadowolona, szczęśliwa i spełniona.

A co z 80% małżeństw nieudanych? Kiepsko to wygląda, bo podział jest mniej więcej taki: 20% trwa dalej bez żadnej nadziei na lepsze dni unieszczęśliwiając małżonków coraz bardziej, 20% żyje w separacji oficjalnej lub nieoficjalnej, a 40% kończy się ostatecznie rozwodem.

Jak widzisz ryzyko w małżeństwie, że ono padnie, jest wysokie. Ja znając statystyki całkowicie rozumiem Twoje uzasadnione obawy przed jego zawarciem. Bojąc jest skutków i następstw nieudanego małżeństwa wiele par woli żyć na „kocią łapę”, bo wydaje im się, że mają wtedy większą swobodę działania, gdy przyjdzie się rozstać. Uważam jednak, że w dłuższej perspektywie takie rozwiązanie jest dosyć kontrowersyjne, żeby nie rzec kiepskie, bo z pewnością nie gwarantuje sukcesu.Dlaczego?

W moim sposobie widzenia świata i na podstawie dwudziestu kilku lat małżeństwa jestem przekonany, że udany związek dwojga ludzi trzeba zbudować na trwałej więzi między mężem i żoną. Jeśli brakuje spoiwa w postaci miłości przejawiającej się w zaufaniu, wierności, wzajemnej fascynacji, tolerancji na przywary drugiej osoby i wiele innych „drobiazgów”, to relacje między partnerami ulegną wpierw osłabieniu i potem się posypią, gdy pojawią się niespodziewane trudności.

Rozterki przedmałżeńskie są tym bardziej uzasadnione, że brakuje dobrych wzorców z małżeństw naszych rodziców, krewnych, przyjaciół czy sąsiadów. Co tu dużo mówić, trudno znaleźć szczęśliwe związki dwojga ludzi. Do tego dochodzą negatywne wzorce z filmów i telewizji będące zaprzeczeniem miłości małżeńskiej.

Nic dziwnego, że w tym zamieszaniu pojęć małżeństwo wydaje się czynem wysoce ryzykownym. Pytanie o to, czy akurat moje małżeństwo okaże się sukcesem, czy też dopadnie je kryzys i zakończy się rozwodem lub nieszczęśliwym związkiem, jest w pełni uzasadnione. Jakie są szanse na to, że ono będzie szczęśliwe? Co zrobić, żeby do minimum ograniczyć ryzyko związane z jego zawarciem?

Trudno dziwić się takim pytaniom, gdy wokół widać, co się dzieje z małżeństwami i związkami ludzi. Jak Ty odpowiadasz sobie na te pytania?

Pytam dlatego, żebyś oswoił się z nową rolą, którą przyjdzie Ci odgrywać. Przygotuj się do nowej sytuacji „na sucho”. Wyobraź sobie, jak powinieneś myśleć i zachowywać się jako element związku małżeńskiego, gdy już masz stosowny „papier”. To, że jako para znacie się miesiącami czy latami, nic nie znaczy, gdy zdecydowaliście się „na piśmie” i przed Ołtarzem, że będziecie razem aż do śmierci.

Taka deklaracja to naprawdę duże wyzwanie! Dlaczego? Bo ona kończy Twoje życie solo. Teraz nagle trzeba zacząć  myśleć w kategoriach MY, a nie jak było pięknie dotychczas JA. To jest niezwykle istotna zmiana. Cóż, każda zmiana jest nowym wyzwaniem dla Ciebie.

Właśnie dziś, jeszcze przed zaślubinami, gdy masz przedmałżeńskie rozterki, możesz rozważać wszelkie za i przeciw małżeństwu. Jeszcze masz czas odpowiedzieć sobie na pytanie: „Po co mi ten problem na całe życie?”.  A może jednak określiłeś swoje nowe potrzeby życiowe i one rzeczywiście istotnie związane są z małżeństwem? Postaw sprawę jasno, bo trudne pytania zadane teraz, umożliwią Ci łatwiejsze życie w przyszłości. Tak to już jest, że dobrze przemyślane i rozważne decyzje uchronią Cię przed rozczarowaniem własnym małżeństwem. Powodzenia!

Pozdrawiam serdecznie,
Jerzy
www.jekos.pl